piątek, 26 czerwca 2015

Historia słodyczy

Tak już nas natura zaprogramowała, że smak słodki kojarzy się z czymś dobrym i przyjemnym. Pomijając kilka wyjątków (znam ludzi, których słodycze zupełnie nie kręcą - dziwaki), większość z nas będzie jedzeniową przyjemność kojarzyć właśnie ze smakiem słodkim i słodyczami. Ponieważ ostatnio wyraźnie ograniczyłam słodycze w diecie, zaczęłam zastanawiać się jakie słodycze są dla mnie naprawdę wyjątkowe. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że mimo, że sama o sobie mówię „słodkożerna”, wcale nie rzucam się na każdy rodzaj słodyczy.

Postanowiłam przygotować listę moich top 5 słodyczowych rarytasów, co będzie pomocne przy odchudzaniu. Jak to, spytacie? Otóż nie zamierzam z okazji diety rezygnować z przyjemności, wręcz przeciwnie, postanowiłam jeszcze bardziej podkręcić atmosferę. Zamiast rzucać się na byle słodycze – zapychacze, będę delektować się co jakiś czas moimi ulubionymi łakociami. Taki jest plan, a co z tego wyjdzie…



Przy okazji - krótka historia słodzenia
Cukier do Europy został sprowadzony przez arabskie karawany z Indii podobno jeszcze w pierwszej dziesiątce wieków. Mimo powiększających się plantacji trzciny cukrowej, Europejczykom zajęło kilka kolejnych wieków by rozpowszechnić słodkie kryształki na całym kontynencie. Jako, że pierwsi w cukier zaopatrywali się Wenecjanie, nic dziwnego, że to stamtąd pochodzą pierwsze przepisy z cukrem w roli głównej lub trzecioplanowej. Na Półwyspie Apenińskim cukier dodawano do wszystkiego – do zup, mięs a nawet do makaronu (wersję ze słonym serem i cynamonem do przetestowania dla odważnych w zaciszu domowym). Cukier nie należał do przypraw najtańszych dlatego gościł przede wszystkim na stołach klas wyższych i szybko trafił do mieszanki zwanej „wenecką przyprawą”, która zawierała w sobie również cynamon, goździki, gałkę muszkatołową, pieprz gwinejski i szafran. W okresie renesansu, gdzie ludzie tuszą się za bardzo nie przejmowali a wręcz szczycili się przybieraniem na wadze, cukier robił absolutną furorę. Był stosowany jako lekarstwo, przyprawa, dekoracja, substancja słodząca ale też konserwant. A potem już poszło…. nam w biodra.

Top 5 Słodyczy

Miejsce 5
Nutella – ciekawe u ilu osób znalazłaby się ona na liście. Ten narodowy przysmak Włoch (to oficjalne określenie na półwyspie) zdobył moje serce prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie jadłam go za dużo. Owszem, jeden słoik jest na raz, nie ważne jakiej pojemności, ale z drugiej strony zjadam go tak rzadko, że nadal pozostaje moim „wyjątkowym sposobem na chandrę”.

Miejsce 4
Sernik - ciasto mojego dzieciństwa i to nie dlatego, że robiła je mam w sobotnie wieczory, wręcz przeciwnie. Przepis który w rodzinie jest od lat do najłatwiejszych nie należy a przede wszystkim jest bardzo pracochłonny, dlatego szybko trafił na maminą listę dań: "nie chce mi się, nie mam czasu" i był robiony właściwie tylko dwa razy w roku - na Gwiazdkę i Wielkanoc. Ponieważ ja dalej uwielbiałam ten smak, zniecierpliwiona obojętnością rodzicielki postanowiłam sama przejąć łychę. Miałam może 9 lat kiedy zapełniłam pierwszą blachę i od tego czasu to mój świąteczny rytuał. To prawda, smak mi się zmienił, sery w sklepach już nie te same, ochoty często brak, ale sentyment pozostał i raczej ta tradycja mi nie umknie. 

Miejsce 3
Torcik wedlowski - nie wiem jak dla was, ale dla mnie najprzyjemniejszy jest moment krojenia (choć i tak pochłaniam cały krążek, staram się zachowywać pozory i jeść po kawałku). Twarda gorzka czekolada, połączona z wafelkiem i tym pysznym kremem w środku po prostu mnie rozwala. Ostatni raz jadłam go mniej więcej rok temu. Dzięki temu za każdym razem gdy już zdarza się że wyląduję na moim talerzu celebruję ten smak jak dobre Chianti. Nigdy nie jadam bez okazji, ale w przeciwieństwie do Nutelli raczej ze szczęścia i chęci świętowania niż zajadania smutków. 

Miejsce 2
Cannoli – pyszna krucha, smażona rurka z serem ricotta, wiórkami pistacji i sosem czekoladowym rodem z Sycylii. Pierwszy raz spróbowałam w Neapolu a potem już tylko poszukiwałam tego smaku. Przez cały rok życia na północy Włoch ani razu nie udało mi się spotkać prawdziwego Cannoli (na północy produkują coś co wygląda podobnie, ale jest z innego, miękkiego ciasta z dodatkiem dziwnego kremu czekoladowego).W polskich restauracjach próżno szukać tego specjału. Pewnie wyidealizowałam ten deser, ale efekt jest taki, że dałabym się pokroić za choćby kawałek takiej rurki.

Miejsce 1
Bajaderka – pamiętam jak mama mówiła, że to śmietnik, że wrzucają tam resztki ze wszystkich innych ciast. Zupełnie mnie to nie obchodziło, a wręcz podkręcało - bo takie zakazane. Bajaderki uwielbiałam, uwielbiam i uwielbiać będę, choć obecnie bardzo trudno znaleźć je w naszych cukierniach. Pojawiają się za to przedziwne rumowe i czekoladowe kule, który nijak mają się do tego niesamowitego, lekko alkoholowego smaku czekolady z makiem rodzynkami i orzechami. Dla mnie, nie dość, że ulubiona słodkość to jeszcze zdecydowanie smak dzieciństwa nr. 1.

sobota, 23 maja 2015

Żeberka w winie

Tym daniem raczej się nie najemy, za to dobrze jest mieć je w zanadrzu, gdy musimy popisać się efektem WOW przy mizernych zdolnościach kulinarnych. Prościej po prostu się nie da. 

Potrzebujemy:
Kilka sztuk żeberek (po 2-3 na osobę)
10 niewielkich pieczarek
pół cebuli
250 ml białego wytrawnego wina
oliwę z oliwek
słodką czerwoną paprykę w proszku
sól, pieprz
natka pietruszki do ozdoby

Zaczynamy
Do naczynia żaroodpornego wlewam na spód 2-3 łyżki oliwy i układam na niej żeberka. Kotleciki zalewam winem i jeszcze odrobiną oliwy z wierzchu. Pieczarki kroję 
 w cienkie plasterki a cebulę w piórka i posypuję nimi mięso. Doprawiam solą, pieprzem i czerwoną papryką. 
Wstawiam do rozgrzanego do 200C piekarnika na nie mniej niż 30 minut. 




środa, 25 lutego 2015

Kiełbaski w soczewicy

Jakoś nigdy za soczewicą nie przepadałam i nawet nie wiedziałam jak ją przyrządzać. Okazało się jednak, że gotowana z warzywami to jedno tradycyjnych dań kuchni andaluzyjskiej. Soczewica zaczęła zatem pojawiać się na moim stole regularnie, ale szybko straciłam do niej zapał. Nudne to jakieś, mało estetyczne, w smaku nic szczególnego. Zaczęłam więc kombinować jak by tu urozmaicić tę mało ciekawą roślinę. No i tak:

Potrzebujemy:
300 g soczewicy
długie pętko kruchej, polskiej kiełbasy
pół cebuli
2 ząbki czosnku
300 ml czerwonego wytrawnego wina
ok 300 ml wody
50 ml oliwy z oliwek (nie extra virgin)
świeżą natkę pietruszki
łyżeczkę papryki słodkiej
łyżeczkę papryki ostrej

sól, pieprz

Zaczynamy:
W rondlu rozgrzewam oliwę, dodaję posiekaną cebulę i posypuję solą. Kiedy cebula nabierze kremowego koloru dodaję soczewicę i przez chwilę mieszam tak, by ziarenka przeszły aromatem oliwy i cebuli. Do garnka wlewam 200 ml wina i 200 ml wody. Przykrywam i zostawiam na wolnym ogniu. 
W tym czasie na drugiej patelni rozgrzewam oliwę i posiekany czosnek. Układam pokrojoną kiełbasę (kroję ją w ok 5 cm mniejsze kiełbaski), po chwili zalewam kiełbasę resztą wina. Zostawiam aż mięso nabierze delikatnie bordowego koloru, wtedy dodaję jeszcze odrobinę wody. Przykrywam i zostawiam na ok 10 min. 
Wracam do soczewicy. Jeśli nie jest jeszcze odpowiednio miękka dodaję wodę i wino. Dokładnie mieszam, żeby uniknąć przywierania. Wsypuję pieprz, oraz paprykę: słodką i ostrą. Przykrywam i gotuję ok 10 min. Soczewica potrzebuje w sumie ok. 30 minut. 
Kiełbaski zdejmuję z patelni, pozostały sos wlewam do soczewicy i mieszam. Przekładam do miesek, układam kawałki kiełbasek i posypuję świeżo siekaną natką pietruszki. 

Hiszpan mówi, że niebo w gębie. 




piątek, 26 grudnia 2014

Gadżety w kuchni

Nareszcie mam swoją kuchnię, w której mogą robić co tylko dusza zapragnie. Choć jest mikroskopijna, postanowiłam zapełnić ją ślicznymi gadżetami, które niby nie są pierwszej potrzeby, ale jednak bardzo ułatwiają gotowanie. Z pomocą przy kompletowaniu sprzętów przyszły Święta i Mikołaj. W ten oto sposób, w krótkim czasie moje szafki wypełniły się ślicznymi kuchennymi cacuszkami. 





Spośród kilkunastu gadżetów wybrałam te, które wydają mi się najciekawsze, najbardziej efektowne (jeśli planujecie kupić prezent), lub najbardziej praktyczne.

1) pojemnik na przyprawy, ale nie taki ikeowy gdzie każdy słoiczek sobie. Tutaj mamy pięć minisłoiczków, które na spodzie mają magnes. Przyczepia się on do metalowej podstawki, która z kolei w sprytny sposób ustawiona jest pod kątem, tak, że widzisz całą zawartość. Nie dość, że świetnie prezentuje się w kuchni, to do tego jest bardzo praktyczne. 

2) Moździerz, zawsze chciałam go mieć, choć nigdy nie wydawał mi się wystarczająco niezbędny, a potem przychodziło jakieś danie z pesto lub ucieraną świeżo kolendrą i plułam sobie w brodę, że znowu nie kupiłam. Teraz już mam, ciężki, ciemny, kamienny, będzie moim ulubionym gadżetem w kuchni. 

3) Silikonowa stolnica z silikonowym wałkiem nie spełni już funkcji ze starych małżeńskich kawałów (od tego mam moździerz). Stolnica w kolorze wściekłego różny i fluo zielony wałek razem wyglądają idealnie a do tego są bardzo praktyczne. Stolnica ma wyrysowane miarki zarówno w środku (np na pizzę) jak i na brzegach (np kruche ciasto). 

4) Tarka, ale nie taka zwykł, ta ma trzy wymienne tarki i pojemnik pod spodem. Dzięki temu mogę trzeć buraki bez obaw, że biała kuchni zmieni kolorystykę. 

5) Spray do oliwy i octu. To genialne urządzenie zwłaszcza dla tych na diecie. Ogólnie wiedziałam, że spryskiwacz z oliwą to bardzo przydatna rzecz, ale teraz mam pojemnik, który działa podwójnie. Jedną część napełniam octem, drugą oliwą, ustawiam pokrętło i pryskam jednym, drugim, albo jednocześnie 50/50. Genialne :)

6) Pędzelek do smarowania. No niby nic potrzebnego, ale okazuje się, że bez tego ani rusz. Jednak nie każdy pędzelek spełnia swoją funkcję. Te z włosem trzeba często wymieniać i trudno je doczyścić, z kolei w wielu sklepach znajdywałam plastikowe z bardzo twardymi i rzadko rozmieszczonymi końcówkami, których w ogóle nie dało się używać. Ten jest idealny bo gęsto ułożone, silikonowe "włoski" są na tyle giętkie, że bez problemy rozsmarują masło lub białko na cieście, a przy tym bardzo łatwo się je czyści. 


sobota, 20 grudnia 2014

Praga nie taka piękna jak ją malują

Nie powinno się oceniać miejsca po trzech dniach pobytu, ale jestem tylko człowiekiem. Do diabła z obiektywizmem. Praga nie powala, jest ładna, ale w czym ładniejsza od warszawskiej, wrocławskiej lub gdańskiej starówki (wybaczcie, ale krakowska jest w moim rankingu daleko za tymi wymienionymi)?
Niczym. 
Odpicowana tylko miejscami, szara i ponura, z kiepską kuchnią i beznadziejną obsługą w restauracjach i barach. 








W Pradze miałam jedną z nielicznych ostatnio okazji do tego by rzeczywiście się zrelaksować, odpocząć na 100%, zresetować, wyspać etc. Wszystko to dlatego, że wcale nie spieszyło mi się do zwiedzania, oglądania i podziwiania. Wystarczyło, że byłam daleko od domu w fajnym hotelu i z dostawą jedzenia prosto do łóżka. W zasadzie mogłabym być w każdym innym miejscu spełniającym te kryteria.




Jedyną atrakcją, dla której rzeczywiście warto odwiedzić miasto jest Wzgórze Petrin z podrabianą Wieżą Eiffela na szczycie. Żeby dostać się na górę można wybrać się pieszo lub skorzystać z tramwaju (takiego samego jaki znajduje się w Bergamo). Z tramwajo-kolejki wysiadamy w uroczym parku i tylko krótki spacer dzieli nas od 60-metrowej wieży, na szczyt której prowadzi ponad 200 stopni. Koszt tego samobiczowania to 120 koron. W tej cenie miałam możliwość zdiagnozowania u siebie leku wysokości i klaustrofobii, za to widoki takie oto: