czwartek, 25 kwietnia 2013

Wnętrzarskie trendy w kuchni

Wkroczyłam w fazę bzika na punkcie wnętrz kuchennych. Nie wiem wprawdzie kiedy będzie mi dane planować własną kuchnię, ale moja wrodzona przezorność każe mi zabezpieczyć się kilkoma pomysłami już dziś. Ponieważ ostatnio z pełnym zaangażowaniem przekopuję inspirujące serwisy i blogi mogę śmiało stwierdzić, że wyłapałam kilka wiodących trendów kuchennych. Nie przedstawię jednak wam ich wszystkich. Wymienię jedynie te, które sama z przyjemnością zastosuję w mojej Nieistniejącej Jeszcze Kuchni.

Trend 1 - białe podłogi
To właściwie trend ogólnomieszkaniowy, ale biorąc pod uwagę polskie przywiązanie do tradycji parkiet lub panele w kuchni to prawdziwa wnętrzarska rewolucja. Na szczęście terakota i inne wyroby podłogowe odchodzą w zapomnienie, a przynajmniej usuwają się w cień robiąc miejsce przepięknym białym (albo po prostu jasnym) deskom. Najlepiej wyglądają bejcowane, ale wersja super smooth też ma swoich zwolenników.

źródło: hgtv.com
źródło: aaablog.tumblr.com
źródło: g-cdn.apartmenttherapy.com

Trend 2 – powrót do szkoły
Nie wiem skąd u mnie ta nagła potrzeba odmłodzenia się, ale prawda jest taka, że totalnie zafiksowałam się na punkcie tablic kredowych w kuchni. Po głębszej analizie tematu dokopałam się do farb tablicowych (tak wiem, dla niektórych to oczywiste, ale pozwólcie mi nacieszyć się moim nowym odkryciem). Na początku myślałam o wydzieleniu kawałka ściany i wstawieniu ramy tak, by efekt był zbliżony do prawdziwej tablicy. Potem jednak odkryłam wiele innych zastosowań tego cudownego wynalazku. Malowanie desek serów, kieliszków, stolików albo szafek kuchennych. Efekty są genialne. Już widzę te imprezy, podczas których całe menu rozpisane jest na takiej tablicy.

źródło: blog.clusiv.com
źródło: blog.clusiv.com

Trend 3 – drewno ponad wszystko
No i znowu wracam do tematu drewna. Drewno na kuchennych szafkach to dla mnie najbardziej oczywista oczywistość i bardzo cieszy mnie obecny odwrót od tych sztucznych wykończeni. W kuchni mam czuć się zrelaksowana i spokojna, no i z całym szacunkiem, ale laboratoryjny plastik mi tego nie zapewni. Dlatego w tej części mieszkania cenię sobie elementy jak najbliższe naturze. Ten tok rozumowania doprowadził mnie do wniosku, że w mojej Nieistniejącej Jeszcze Kuchni punktem centralnym będzie stół z litej dechy (a przynajmniej coś bardzo zbliżonego do tego tutaj).

źródło: hgtv.com
źródło: hgtv.com
źródło: hgtv.com
Trend 4 – szafkom dziękujemy
I całe szczęście. Wprawdzie nie wiem jeszcze jakim cudem upchnęłabym wszystkie swoje kuchenne gadżety, ale idea szczytna. Pozbycie się górnych szafek otwiera przestrzeń i daje ogromne możliwości na zaaranżowanie różnych schowków, haków i półek. Teraz rolę dodatkowej szafki spełnia ogromna wyspa na środku kuchni. Niestety, takie rozwiązanie zarezerwowane jest dla duuużych przestrzeni… ale przecież ja właśnie taką będę miała, czyż to nie oczywiste. 

źródło: hgtv.com
źródło: kitchendesigns.com

wtorek, 23 kwietnia 2013

Pasta z pesto i salami


Podobno nie sztuką jest zrobić coś wielkiego przy wielkich staraniach. Sztuką jest osiągnąć oszałamiający efekt bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia. Może to dziwny wstęp do zwykłego przepisu, ale nie mogłam się powstrzymać, ponieważ autorką tego przepisu jest osoba, której trudno zarzucić kulinarne zaangażowanie i która z gotowaniem ma tyle wspólnego co ja z Normą Jeane.
Pierworodna, bo o niej mowa, zazwyczaj krzywi się gdy ma zrobić choćby kanapkę, ale kilka lat temu pod wpływem niewiadomego olśnienia ugotowała banalnie prosty obiad, który po dziś dzień robi furorę. Można powiedzieć, że jest w pewnych kręgach kultowy. Zawsze się udaje, robi się błyskawicznie i jest mega sycący.

Potrzebujemy:
paczkę makaronu penne
15 dag salami w plasterkach
rożek sera lazur blue
średniej wielkości słoik bazyliowego pesto
szczyptę chili
łyżkę oleju rzepakowego
3 łyżki oliwy z oliwek
szczyptę soli

gałkę muszkatołową
świeżą bazylię do ozdoby

Zaczynamy:
Makaron wrzucam do gotującej się, osolonej wody. Powinien gotować się ok. 10 minut. W tym czasie kroję plasterki salami w kostkę i wrzucam na dużą patelnię z rozgrzanym olejem. Podsmażam kilka minut aż salami nabierze soczystego, różowego koloru. Doprawiam odrobiną chili. Do salami wrzucam odcedzony makaron, który wcześniej skropiłam kilkoma łyżkami oliwy z oliwek. Wszystko mieszam. Dokładam część pesto i mieszam. Pesto powinno oblepić makaron, ale nie powinno być go zbyt dużo, dlatego najlepiej dodawać je stopniowo, niewielką łyżką. Na koniec wrzucam pokruszony ser lazur i mieszam, aż się roztopi. Dodaję przyprawy. Przekładam od razu na talerze.

Krok 1.

Krok 2. 

Krok 3.

Krok 4. 

Smacznego

sobota, 20 kwietnia 2013

Zapiekany dorsz


Potrawa jest wynikiem mojej determinacji w pozbywania się resztek jedzenia. Kupując składniki na zupę pomidorową, przesadziłam z ilością dorsza. Nie wiedząc co z nim zrobić postanowiłam zabłysnąć przed wami zapiekanką, której naprawdę nie da się schrzanić.

Potrzebujemy:
500 g filetu z dorsza
5 sporych ziemniaków
2 średnie cukinie
1 średnią cebulę
Koszyk pomidorków cherry
kilka łyżek oleju rzepakowego
łyżkę masła
gałkę muszkatołową
zioła prowansalskie
suszona bazylia
suszony rozmaryn
sól, pieprz

Zaczynamy
Umyty filet dorsza kroję na porcje. Polewam oliwą, posypuję solą, pieprzem, bazylią, gałką muszkatołową i rozmarynem. Dokładnie mieszam by filet w całości był pokryty marynatą. Odstawiam do lodówki. Ziemniaki obieram i jeśli są duże kroję na mniejsze części. Gotuję w osolonej wodzie około 15 – 20 minut tak by nie były twarde, ale jeszcze zachowały gładką powierzchnię. W czasie gdy  gotują się ziemniaki, do żaroodpornego naczynia wlewam kilka kropli oleju rzepakowego. Na dno wrzucam pokrojoną w plasterki cebulę. Cukinię obieram, kroję wzdłuż na pół a następnie w plasterki. Polewam odrobiną oleju, posypuje solą, pieprzem, ziołami prowansalskimi i gałką. Wstawiam do nagrzanego piekarnika na ok. 20 minut. Po tym czasie na wierzchu układam rybne filety, dodaję odcedzone ziemniaki i pomidorki przekrojone na połówki. Wkładam z powrotem do piekarnika na ok. 30 -35 minut. 




czwartek, 18 kwietnia 2013

Nie ma letko...

Sypnij do miski albo wyłączę przed zapisaniem...





Zupa pomidorowa z dorszem


Uwielbiam robić pomidorówkę. Nie ma nic prostszego. Tylko krojone pomidory, trochę czosnku, mikser, mozzarella i voila…, ale nie tym razem. Z okazji wpisu postanowiłam się postarać, a co, raz w życiu można.
Przepis nadal jest bardzo prosty, ale smak zdecydowanie bardziej oryginalny. Ryba i wino robią swoje.

Potrzebujemy:
3 puszki pomidorów w całości
30 g koncentratu pomidorowego
500 g filetu z dorsza
szkalnkę białego wina wytrawnego
1 sporą czerwoną cebulę
2 ząbki czosnku
średnią marchewkę
małego pora
suszoną bazylię
suszone oregano
małą papryczkę chilli
curry
sól i pieprz
kilka kropel oleju rzepakowego
czarny sezam do dekoracji

Zaczynamy:
W dużym rondlu rozgrzewam oliwę. Wrzucam do niej plasterki czerwonej cebuli i czosnku. Zalewam dwiema szklankami wina i duszę przez kilka minut. Następnie dodaję pomidory z puszki oraz pokrojoną marchewkę i plasterki pora. Kiedy zupa zacznie się gotować dodaję koncentrat pomidorowy, by kolor stał się intensywniejszy. Jeśli zupa jest zbyt gęsta dodaje jeszcze trochę wina. Czas na przyprawy. Wrzucam po kolei:  bazylię, oregano, curry, ostrą paprykę, sól i pieprz. Przykrywam i gotuję aż marchew będzie miękka.
Całą zupę miksuję w blenderze, przelewam ją z powrotem do rondla i dodaję pokrojony w dużą kostkę filet ryby. Wszystko powinno gotować się ok. 25 minut tak by ryba zaczęła się rozpadać, ale zanim zrobi się papka.
Podaję z natką pietruszki lub czarnym sezamem. 



środa, 10 kwietnia 2013

Lodówka z niespodzianką

Wpis z kategorii Nagle mnie natchnęło i nie wiem co z tego wyjdzie: Krótki zarys moich relacji z lodówką:

1. Lodówka czyli Biuro Rzeczy Znalezionych - telefon, pilot, opaska, puder i kalendarz to tylko niektóre przedmioty codziennego użytku, które miały nieprzyjemność spędzić od kilkunastu do kilkudziesięciu minut na ciemnej, zimnej półce. Teraz przed wyjściem z domu, kiedy szukam kluczy, lodówka jest druga na liście miejsc do sprawdzenia. 

2. Lodówka czyli (prawie) Miejsce Pochówku Kota - no tak, bo ja mam kota. Kot ten ciągle gdzieś się wpycha, no i raz się wepchnął, nie tam gdzie trzeba. Do głowy mi nie przyszło żeby sprawdzić czy nie zostawiłam w lodówce Czegoś Żywego. Na szczęście Coś Żywego wydaje dźwięki, bardzo przeraźliwe dźwięki. Dlatego zlokalizowałam go po kilku minutach, które w zamknięciu wykorzystał na zżarcie kremu do ciasta.

3. Lodówka czyli Najczęściej Odwiedzana Wystawa - i nikt mi nie wmówi, że jestem w tym odosobniona. No co ja poradzę, że lubię sobie postać przed otwartą lodówką i popatrzeć na jej zawartość. To wszystko jest przecież takie ładne i świeżutkie (zazwyczaj). Ale przede wszystkim ma to na celu wykreowanie w głowie odpowiedniej kompilacji składników do stworzenia kolejnej Potrawy Idealnej. A że 10 minut? No przecież nie od razu Rzym zbudowali. 

a oto fotka inspiratorka - jakie to życiowe...

źródło:Pinterest

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Dieta – niedieta


Pisanie o diecie chwile po tym jak spałaszowałam kilka sporych placków z cukinii jest wprawdzie lekką hipokryzją, ale też dowodem na to, że mój sposób na odchudzanie jest całkiem skuteczny. Po prostu w późniejszej fazie można sobie pozwolić na całkiem spore grzechy jedzeniowe.

Nigdy w życiu nie stosowałam żadnych specjalistycznych diet, nie korzystałam z porad dietetyka (chyba, że takich zasłyszanych od kogoś) ani też nie faszerowałam się pigułkami czy herbatkami. Z suplementów stosowałam jedynie zwykły chrom, ale krótko, bo chyba się na niego uodporniłam i po pewnym czasie wcale nie hamował mojej nigdyniezaspokojonej potrzeby jedzenia węglowodanów.

Śniadanie 
Przyznam, że nie zawsze mam ochotę i czas by stać rano przy garach i nie robię też z tego dramatu. Moim ostatnim odkryciem, które gwarantuje zastrzyk energii i brak uczucia głodu przez kilka godzin to: gotowane jajka z guacamole.
Jak to zrobić:
Gotuję 2 jajka na pół twardo, ok. 5 – 6 minut. Siekam bardzo drobno pół małej czerwonej cebuli, pół świeżej papryczki chili i wrzucam miąższ z połowy bardzo miękkiego avocado. Dodaję sól i pieprz i rozcieram tłuczkiem do pure w misce. Wykładam na talerz razem z obranymi i przekrojonymi jajkami.
Czas przygotowania: 15 minut (razem z gotowaniem jajek).



II śniadanie
Nie jadam. Ewentualnie, jeśli mam czas, pozwalam sobie na zbożową kawę z mlekiem. Może to i niezdrowe, ale jakoś nie mogę się zmusić. Na mnie te 5 posiłków dziennie po prostu nie działa. Kiedy ostatnio próbowałam wprowadzić to w życie czułam się non stop ciężka i nijak nie widziałam poprawy w wyglądzie, ani nawet na wadze.
Obiad
W sytuacji, gdy naprawdę potrzebuję zmniejszyć swoją objętość gotuje mrożonkę kalafiora i dodaję do tego kaszę gryczaną. Finito. Taki obiad
 zjadam w dwóch przypadkach: 
1) Kiedy czuję, że naprawdę sukienki robią się ciaśniejsze w biodrach (wtedy taki obiad powtarzam przez mniej więcej tydzień)
2) Kiedy akurat nie planuję testowania jakiegoś ultrakalorycznego dania.

Kolacja
Niby późno nie powinno się objadać, ale po prostu nie mogę odmówić sobie banalnie prostej sałatki z mozzarellą. Gdy nabierze się wprawy jej przygotowanie zajmuje nie więcej niż 10 minut. Przepis znajdziecie tutaj.

Poza tym zawsze przestrzegam kilku zasad, i tylko dzięki nim, moim zdaniem, mieszczę się jeszcze w drzwi:
1) 0, słownie ZERO słodzonych napojów. Kawa tylko z mlekiem, herbatę i tak piję zieloną lub białą a one w wersji słodkiej smakują jak nie przymierzając szit. Jeśli chodzi o soki, raz na jakiś czas pozwalam sobie na niesłodzony sok pomidorowy. Reszty wynalazków unikam jak ognia.
2) Słodycze – ponieważ jestem czekoladoholikiem nie miałam wyjścia, musiałam z nich zrezygnować całkowicie, co w moim przypadku sprowadza się do tego, że pochłaniam coś słodkiego raz w miesiącu. Ale mam zasadę, która to bardzo ułatwia: żadnych zwykłych batonów czy "bylejakich" czekoladek. Jeśli już jem coś słodkiego to jest to tylko jakieś mega pyszne ciastko, albo deser handmade.
3) Bardzo rzadko jem pieczywo. Nie jest mi ono od niczego potrzebne a tylko zapycha i rozpycha brzuch. Pozwalam sobie jedynie na smaczne kąski takie jak chleb sycylijski z dodatkiem oliwek i suszonych pomidorów (pychota!)
4) Nie rozpamiętuję!!! A to oznacza, że nawet jeśli zdarzy mi się wypić za dużo wina, przesadzić z ilością tiramisu, albo zjeść inną bosko - włoską strawę, nie zadręczam się, nie panikuję i co najważniejsze: nie przekreślam dotychczasowych sukcesów. Zdarzyło się, trudno.

Efekt jest taki, że na co dzień nie odczuwam niedogodności związanych z dietą, która jest już u mnie na stałe, a nie z doskoku. Konkluzja jest taka, że warto postawić sobie pewne ograniczenia, ale bez katorżniczych zakazów. Wtedy o wiele łatwiej utrzymać efekty na dłużej.

Sałatka na każdą okazję

Jem ją przynajmniej kilka razy w tygodniu i nie ukrywam, że to prawdopodobnie jej zawdzięczam kilka kilogramów do tyłu. Chociaż nie należy do niskokalorycznych, jest bardzo sycąca, super zdrowa, dziecinnie prosta, błyskawiczna no i smaczna!
Jeśli chodzi o proporcje w sosie, zdaję się na intuicję. Najwięcej ma być oliwy, z kolei cytryny, tylko kilka kropli.

Potrzebujemy:
pół paczki dowolnego mixu sałat, ja używam klasycznego, bez rukoli
średniego pomidora
mozzarellę

Sos:

oliwa z oliwek
ciemny sos sojowy

2 łyżki miodu
cytryna

Zaczynamy:

Do miski wrzucam sałatę, pokrojoną mozzarellę i pomidora bez skórki. W małej wysokiej miseczce roztrzepuję wszystkie składniki sosu tak by powstała jednolita, gęsta konsystencja. Przelewam do sałatki i kolacja gotowa. W mniej niż 10 minut. 

Oto i efekt: 

czwartek, 4 kwietnia 2013

Bakaliowa beza na spontanie by MM


Bakaliowa beza by MM to klasyk podczas każdego rodzinnego mitingu. Powstała w dość nietypowych okolicznościach. Otóż gdy MM, pozostawiona pewnego kwietniowego, przedwielkanocnego wieczoru sama w kuchni kończyła zagniatać drożdżowe, poczuła przemożną potrzebę recyklingu każdego elementu kończonego właśnie ciasta. Doświadczeni drożdżowcy wiedzą, że takim produktem są białka jajek.  Roztropna MM ubiła czym prędzej pianę i… zaczęła myśleć co z tym fantem zrobić. Jak się później okazało potrzebowała:

6 – 10 białek jaj (pozostałość po wypieku ciasta drożdżowego)
0,5 szklanki cukru pudru
szczyptę soli
100g daktyli
100g fig
200g rodzynek
150g migdałów
5 suszonych śliwek
Jak to zrobić:

Najpierw kroję wszystkie bakalie w niewielkie kawałki: rodzynki dokładnie myję, orzechy rozgniatam a migdały mielę w młynku, tak by powstała drobna mączka. Wszystko dokładnie mieszam w wysokiej misce. Następnie ubijam białka z solą i cukrem pudrem na bardzo sztywną pianę.  Przekładam pianę do bakalii. Należy to robić bardzo ostrożnie, tak by do ciasta nie dostała się woda ze spodu piany. Ponieważ ubitych białek nie można intensywnie mieszać, delikatnie drewnianą łyżką przekładam je z bakaliami. Masę wkładam prosto do formy, lub na wcześniej przygotowane kruche ciasto. Piekę 50 minut w piekarniku rozgrzanym do 200C.

Uwaga! Często do bezy przygotowuję oddzielny spód z kruchego ciasta, na które przepis znajdziecie tutaj.

A oto efekt końcowy:


Kruche ciasto - baza

To must have każdej książki kucharskiej o ciastach. Bez niego ani rusz. Ten konkretny przepis zawdzięczam Starszyźnie Rodu. Nawet jeśli znacie inne wersje, ta przedstawiona niżej to pewniak i gwarantuję, że nie zaliczycie z nią wtopy.


Potrzebujemy:

1/2 kg mąki pszennej
1 szklanka cukru
1 kostka masła (wyjętego z lodówki, ale nie bardzo twardego)
6 żółtek
1 cała śmietana 22%
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 zapach do ciast (np. migdałowy)
1 duży cukier waniliowy

Zaczynamy:

Do miski przesiewam część mąki i dodaję do niej pokrojone nożem masło. W trakcie wyrabiania dosypuję pozostałą część mąki, proszek do pieczenia, cukier waniliowy i zapach. Następnie dodaję szklankę zwykłego cukru, rozbite żółtka jaj i śmietanę (nie może być zimna). Wyrabiam aż powstanie gładka kulka. Owijam ją folią i wkładam do lodówki na godzinę. Po tym czasie rozwałkowuję ciasto na stolnicy i wkładam do formy. Piecze się ok 50 minut w piekarniku rozgrzanym do 200C.
Kruche jest bazą pod szarlotkę lub pod bakaliową bezę. 


wtorek, 2 kwietnia 2013

Szynka westfalska na szpinaku

To była totalna improwizacja, ale ponieważ efekt okazał się naprawdę świetny ( nie tylko jak na improwizację) myślę, że warto się nim podzielić z resztą świata. Tak dla potomnych.

UWAGA: wersja na naprawdę dużą liczbę gości.

Potrzebujemy:
dużą paczkę świeżego szpinaku
20 dag szynki westfalskiej (ewentualnie parmeńskiej)
paczkę pomidorków koktajlowych
słoik oliwek
bardzo miękkie awokado

Sos:
5 łyżek oliwy z oliwek
3 łyżki octu balsamicznego
2 łyżeczki miodu lipowego
kilka kropli jasnego sosu sojowego
pieprz

Zaczynamy:
Wrzucam szpinak do miski, dodaję małe, wykrajane łyżeczką kulki awokado oraz pokrojone na połówki pomidory i oliwki. Na koniec nożyczkami tnę szynkę na niezbyt szerokie, krótkie paski.
Mieszam ze sobą wszystkie składniki sosu. Trzeba to robić bardzo intensywnie, żeby powstała jednokolorowa maź. Sos przelewam do sałatki, mieszam i odstawiam na kilkanaście minut.
Voila: