Zasiedliśmy do stołu zastawionego tonami grissini.To akurat normalne bo i w Polsce dostajemy takie przed obiadem. Za chwilę na stół wjechało czerwone wino, polenta i 6 gatunków szynki parmeńskiej (o ja głupia, że nie wiedziałam o ich istnieniu). Nawet do głowy mi nie przyszło robienie zdjęć bo po 1. do hipsterstwa mi nie spieszno, po 2. nadal nie widziałam w tym nic zaskakującego. Talerz zabrany. Następny był ryż z mięsem, nic wyszukanego a jednak pyszne. Przekonana, że to danie główne, poprosiłam o dokładkę. Najedzona z lekkim przerażeniem patrzyłam na kolejną wymianę talerzy. Tym razem dostaliśmy risotto z warzywami. Ledwo ledwo podołałam i czekałam na kawę jako zakończenie posiłku. A tu nic. Zamiast tego dostaliśmy w końcu danie główne: duszoną koninę z pieczonymi ziemniakami i polentą (za ziemniaki podziękowałam bo nie wiem gdzie miałabym je zmieścić). Tym sposobem dobrnęliśmy do deseru. Delikatny sorbet cytrynowy nieco złagodził uczucie przeżarcia i przepicia czerwonym winem. Potem już tylko kawa i.. grappa. Jeden z moich towarzyszy myślał, że nie dam rady wypić kieliszka na raz. Chyba zapomniał skąd pochodzę.
Po takim obiedzie zakończonym o godzinie 15 nie dziwię się, że Włosi głodnieją dopiero o 22 i wtedy zapełniają wszystkie restauracje. Coś mi się wydaje, że najbliższy czas będzie ciężkim testem dla mojej silnej woli.
No to teraz kilka fot:
| Takie tam wiszące pod sufitem jakiegoś kościoła |
| Zółte to polenta czyli miękkie ciasto wygniatane z mąki kukurydzianej i wody. Tak jak można było przypuszczać, jakoś szczególnie smaczne to to nie jest, ale dobra zagryzka. |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz