piątek, 26 grudnia 2014

Gadżety w kuchni

Nareszcie mam swoją kuchnię, w której mogą robić co tylko dusza zapragnie. Choć jest mikroskopijna, postanowiłam zapełnić ją ślicznymi gadżetami, które niby nie są pierwszej potrzeby, ale jednak bardzo ułatwiają gotowanie. Z pomocą przy kompletowaniu sprzętów przyszły Święta i Mikołaj. W ten oto sposób, w krótkim czasie moje szafki wypełniły się ślicznymi kuchennymi cacuszkami. 





Spośród kilkunastu gadżetów wybrałam te, które wydają mi się najciekawsze, najbardziej efektowne (jeśli planujecie kupić prezent), lub najbardziej praktyczne.

1) pojemnik na przyprawy, ale nie taki ikeowy gdzie każdy słoiczek sobie. Tutaj mamy pięć minisłoiczków, które na spodzie mają magnes. Przyczepia się on do metalowej podstawki, która z kolei w sprytny sposób ustawiona jest pod kątem, tak, że widzisz całą zawartość. Nie dość, że świetnie prezentuje się w kuchni, to do tego jest bardzo praktyczne. 

2) Moździerz, zawsze chciałam go mieć, choć nigdy nie wydawał mi się wystarczająco niezbędny, a potem przychodziło jakieś danie z pesto lub ucieraną świeżo kolendrą i plułam sobie w brodę, że znowu nie kupiłam. Teraz już mam, ciężki, ciemny, kamienny, będzie moim ulubionym gadżetem w kuchni. 

3) Silikonowa stolnica z silikonowym wałkiem nie spełni już funkcji ze starych małżeńskich kawałów (od tego mam moździerz). Stolnica w kolorze wściekłego różny i fluo zielony wałek razem wyglądają idealnie a do tego są bardzo praktyczne. Stolnica ma wyrysowane miarki zarówno w środku (np na pizzę) jak i na brzegach (np kruche ciasto). 

4) Tarka, ale nie taka zwykł, ta ma trzy wymienne tarki i pojemnik pod spodem. Dzięki temu mogę trzeć buraki bez obaw, że biała kuchni zmieni kolorystykę. 

5) Spray do oliwy i octu. To genialne urządzenie zwłaszcza dla tych na diecie. Ogólnie wiedziałam, że spryskiwacz z oliwą to bardzo przydatna rzecz, ale teraz mam pojemnik, który działa podwójnie. Jedną część napełniam octem, drugą oliwą, ustawiam pokrętło i pryskam jednym, drugim, albo jednocześnie 50/50. Genialne :)

6) Pędzelek do smarowania. No niby nic potrzebnego, ale okazuje się, że bez tego ani rusz. Jednak nie każdy pędzelek spełnia swoją funkcję. Te z włosem trzeba często wymieniać i trudno je doczyścić, z kolei w wielu sklepach znajdywałam plastikowe z bardzo twardymi i rzadko rozmieszczonymi końcówkami, których w ogóle nie dało się używać. Ten jest idealny bo gęsto ułożone, silikonowe "włoski" są na tyle giętkie, że bez problemy rozsmarują masło lub białko na cieście, a przy tym bardzo łatwo się je czyści. 


sobota, 20 grudnia 2014

Praga nie taka piękna jak ją malują

Nie powinno się oceniać miejsca po trzech dniach pobytu, ale jestem tylko człowiekiem. Do diabła z obiektywizmem. Praga nie powala, jest ładna, ale w czym ładniejsza od warszawskiej, wrocławskiej lub gdańskiej starówki (wybaczcie, ale krakowska jest w moim rankingu daleko za tymi wymienionymi)?
Niczym. 
Odpicowana tylko miejscami, szara i ponura, z kiepską kuchnią i beznadziejną obsługą w restauracjach i barach. 








W Pradze miałam jedną z nielicznych ostatnio okazji do tego by rzeczywiście się zrelaksować, odpocząć na 100%, zresetować, wyspać etc. Wszystko to dlatego, że wcale nie spieszyło mi się do zwiedzania, oglądania i podziwiania. Wystarczyło, że byłam daleko od domu w fajnym hotelu i z dostawą jedzenia prosto do łóżka. W zasadzie mogłabym być w każdym innym miejscu spełniającym te kryteria.




Jedyną atrakcją, dla której rzeczywiście warto odwiedzić miasto jest Wzgórze Petrin z podrabianą Wieżą Eiffela na szczycie. Żeby dostać się na górę można wybrać się pieszo lub skorzystać z tramwaju (takiego samego jaki znajduje się w Bergamo). Z tramwajo-kolejki wysiadamy w uroczym parku i tylko krótki spacer dzieli nas od 60-metrowej wieży, na szczyt której prowadzi ponad 200 stopni. Koszt tego samobiczowania to 120 koron. W tej cenie miałam możliwość zdiagnozowania u siebie leku wysokości i klaustrofobii, za to widoki takie oto:




wtorek, 2 września 2014

Kulinarne kompromisy

W kuchni jestem samotnikiem, nie znoszę jak mi się ktoś pałęta. Mam swoje zasady i przyzwyczajenia. Często eksperymentuję i zmieniam przepisy. No i jestem otwarta na nowinki, ale wszystko zmieniło się pewnego wiosennego dnia, kiedy zaczęłam moją kuchnię z kimś dzielić na stałe.

Podzieliłam ją z hiszpańską kulturą gotowania a co za tym idzie, ze zbiorem kulinarnych przyzwyczajeń z kosmosu. I żeby nie było, że narzekam, że nietolerancyjna - ja uwielbiam kuchnię hiszpańską, ale na litość... no kto to widział, żeby:
1. Do obiadu podawać samą wodę (nigdy gazowaną), wino tylko sporadycznie.
2. Narzekać w barze, że nalewają ZA DUŻO czerwonego wina do kieliszka (WTF).
3. Narzekać w barze, że mają tylko duże browary - 0,4.
4. Na hasło "Ugotuj proszę ziemniaki" - wrzucać JEDNEGO, całego kartofla do garnka bez soli, potem palcami zdzierać skórkę, kroić w plasterki i posypywać bazylią i czerwoną papryką.
5. Na zestaw kalafiora i kurczaka reagować tak, jakbym dodała ketchup do pizzy.
6. Traktować zupę jako coś, w czym łyżka ma stać w pionie. 
7. Zamiast robić sos pomidorowy, wcierać połówkę pomidora w bułkę.
8. Twierdzić, że oliwa z oliwek to najlepsza rzecz do głębokiego smażenia. 
9. Zjadać bułkę ze smalcem na śniadanie. 

Niby to nic wielkiego a jednak, sztuka kompromisu w kuchni trudna jest. Jak wy sobie z tym radzicie?


niedziela, 6 lipca 2014

Risotto z cukinią

Moje zielone risotto najlepiej komponuje się z białym wytrawnym winem, zwłaszcza że sporą jego porcję dodaję podczas gotowania. Dzięki temu smak jest bardziej wyrazisty i nie muszę dodawać zbyt wielu przypraw. 

Potrzebujemy:
2 łyżki masła 
1 szklankę białego długoziarnistego ryżu
2 szklanki wody
2 szklanki wytrawnego białego wina
0.5 szklanki mleka (2%)
1 dużą cukinię pokrojoną w małą kostkę
czerwoną ostrą paprykę
gałkę muszkatołową
natkę pietruszki (może być świeża)
sól, pieprz

Zaczynamy:
Na patelni rozgrzewam masło i wrzucam ryż. Czekam aż wchłonie tłuszcz i lekko zmieni kolor. Wtedy dolewam wodę, solę ją i lekko mieszam. Po kilku chwilach dodaję białe wino. Kiedy ryż zgęstnieje powoli wlewam mleko cały czas mieszając. Mleko nadaje przyjemną, bardziej kleistą konsystencję, bo pamiętajmy, że risotto musi być dosyć gęste. Dodaję pieprz i jeśli jest potrzeba również sól. Wrzucam pokrojoną cukinię i duszę wszystko razem dodając ewentualnie jeszcze odrobinę wina. Dodaję ostrą paprykę, gałkę i pietruszkę. 
Risotto zdejmuję z ognia kiedy jeszcze jest w nim odrobinka wody. Po chwili i tak za chwilę wyparuje a ja mam dzięki temu idealną, lekko papkowatą konsystencję. 
Buon apetito :)



piątek, 4 lipca 2014

Pozytywne myślenie na urlopie

Sezon urlopowy w pełni, to i ja się wypowiem. Kopnął mnie zaszczyt i mogłam w końcu odebrać swoje wolne, całe 3 dni. Czym prędzej więc zabukowałam bilety do Sewilli, udało się w miarę tanio od 25 do 29 czerwca. Lecąc przez Bergamo a z powrotem przez Charleroi mój urlop, chodź krótki zapowiadał się bajkowo. Rodzinne lunche, wylegiwanie na plaży, spotkania ze znajomymi, wieczory nad basenem, życie jak w Madrycie ( a właściwie to nawet lepsze, bo słyszałam, że w tym czasie w Madrycie padało). 

No i się zaczęło. Środa rano, pobudka o 4, na lotnisku stawiłam się regulaminowo 40 min przed odlotem. Wiem, że na przesiadkę w Bergamo mam niewiele czasu bo około godziny. Nie zrobię więc zakupów, ale przebiec z Wizzair do Ryanair na lotnisku, które znam jak własną kieszeń to żaden problem. Lecimy, jest ładnie, słucham Enter Sandman na zmianę z "Krótką" (wpis sponsorowany przez Bielańsko - Ursowski zespół, którego nazwa jest wielką tajemnicą, ale płacą mi grubą kasę w ratach 25 letnich). 

Trochę trzęsie, ale nic to, już nie dygam się przy każdej turbulencji. Trzęsie trochę bardziej, za oknem śnieżno-biało. Zastanawiam się czy nie pomyliłam lotów (zdarza mi się pomylić pociągi to czemu nie samolot) i nie znajdujemy się właśnie nad jakąś Syberią. W następnej kolejności przychodzi myśl, że chyba bardzo uciążliwie jest pilotowanie samolotu przy zerowej widoczności, ale ufam naszym pilotom nawet jeśli latają dla Węgierskiego naciągacza. Znowu bagatelizuję sprawę. Nagle za oknem się rozjaśnia, chmury znikają za to pojawiają się kolejne samoloty, nad nami, pod nami, trzy obok... Zastanawiam się od kiedy Bergamo zrobiło się tak popularne, że samoloty czekają w kolejce na lądowanie. Moje roztropne rozważania rozwiewa pilot z komunikatem, że gwałtowna burza nad Bergamo uniemożliwia lądowanie, w związku z czym lecimy na zapasowe lotnisko w Veronie. Na pokładzie słychać pomruk niezadowolenia, jeszcze do zniesienia, chyba po prostu mu nie uwierzyli. Kiedy za oknem widzimy całkowite równiny, a nad nami świeci słońce, pozostali podróżni zaczynają rozumieć, że to nie był sucharowy żart kapitana. Lądujemy w Veronie. 

Myślę sobie: "o ja pierdolę" i w ocenzurowanej wersji dzielę się przemyśleniem z towarzyszką podróży po mej lewej. Ona również cieszy się niezmiernie, bo przecież ma wyjątkową okazję zawitania do Verony. Rzucamy się do telefonów, sieci się blokują, nie można złapać netu, ani nawet powietrza. Załoga miło oświadcza, że przewiezie nas busem z Verony do Bergamo, co zajmie ok 1,5 godziny. Trochę mnie to martwi, bo mój lot do Sewilli (ciągle wierzę, że go złapię) wystartuje za 40 minut. Nic to. Grzecznie czekam po tym jak stewardessa informuje mnie, że lotnisko w Bergamo jest zamknięte, nic tam nie ląduje ale też nic nie startuje. Czekamy. 

Po kilku minutach kapitan informuje nas, że po zatankowaniu możemy wracać do Bergamo. Uff. Ale przecież nie może być tak pięknie. Niektórzy się buntują. Zdążyli już sprawdzić, że w Veronie też jest fajnie, więc właściwie mogą zostać. Załoga postanawia ich zostawić. Musimy więc czekać aż zrobią listę, wypakują ich bagaże... . Czekam cierpliwie. W Warszawie Starsza już szuka mi kolejnego połączenia, Sewilla już wie, żeby mnie nie odbierać z lotniska o wcześniej ustalonym czasie. 

Przyswajam do wiadomości, że wyżej dupy nie podskoczę, o czym informuję sąsiadkę. Wyraża zbliżoną opinię. Czekamy dalej. Startujemy. W samolocie jest maksymalnie 15 pasażerów. Wiele osób spanikowało i po prostu nie chciało wracać przez burzę do Bergamo. Trzęsie niemiłosiernie, to już nie turbulencje. Czuję jak przechylamy się w każdą możliwą stronę, trochę się zniżamy, za chwilę podnosimy. Dookoła słyszę odgłosy przypominające te z późnych sobotnich godzin w klubowej toalecie. Steward grzecznie informuje pasażera za mną, w jaki sposób otwiera się drzwi awaryjne a następnie prosi wszystkich o schowanie głowy między rękami. Za oknem tylko błyski i tak 15 minut. Ostatecznie lądujemy. Mam ochotę nie tylko klaskać kapitanowi, ale go wręcz wyściskać. Nikt nie czeka na wyłączenie sygnalizacji. Rzucamy się do wyjścia. Błyskawicznie zapominam o tym jak przed chwilą mogłam zginąć. Chcę jeszcze spróbować złapać mój samolot. Jeszcze z autobusu dzwonię do Sewilli, która rozwiewa moje wątpliwości. Mój samolot od 15 minut jest w powietrzu. W haleńce odlotów kolejka do reklamacji jest tak długa, że... to chrzanię. Starsza informuje mnie, że lot do Sewilli mam z Linate, drugiego Mediolańskiego lotniska, ale wiem, że nie zdążę  tam dojechać w 1,5 godziny. Szukam miejsca na naładowanie prawie rozładowanego telefonu. Włosi są tak mili, że sami prowadzą mnie do kontaktu. Dzwonek nie przestaje dzwonić. Zamawiam panino i spritza i zaczynam chłonąć wyluzowaną atmosferę Włoch. Miło tak siedzieć na lotnisku, na którym spędziło się wcześniej tyle czasu, odbierało się wiele osób, zawoziło, tłumaczyło gdzie iść i o co pytać. Jest lepiej. 

Już wiem, że mój lot będzie następnego dnia, o 8. Nie mam szans na powrót do Cremony, bo rano, biorąc pod uwagę rozkład pociągów, nie zdążyłabym na ten lot. Załatwiam jeszcze kilka spraw na lotnisku, magluję dokładnie lotniskową informację o wszystko co może mi się przydać. Przyzwyczaiłam się już do myśli, że będę spać na lotnisku, nawet znalazłam odpowiednią miejscówkę. Jednak Sewilla, bukuje mi już hostel w Bergamo. Po bardzo sugestywnych namowach, kupuję bilet na autobus do miasta. Wysiadając na dworcu już czuję się jak w domu. Zostawiam graty w pokoju i idę w teren. Nie muszę skupiać się na zabytkach, bo je już dobrze znam. Siadam w ulubionej knajpce, zamawiam kolejnego spritza i babeczkę, zapominam, że dostanę również przekąski. Zajadam moją mini kolację, robię zdjęcia. Mogę w końcu pogadać po włosku. Pogoda jest już piękna, zupełnie nie widać, że jeszcze kilka godzin temu burza doprowadziła do przeciekania dachu lotniska. 








I myślę sobie, że ja to mam cholerne szczęście. Trafiłam na Bergamo, pogadałam ze znajomymi, zjadłam ulubione przekąski, przypomniałam sobie jeden z najlepszych okresów w moim życiu, dwoje najlepszych przyjaciół pomogło mi tak, że właściwie nie było się o co martwić. I przestałam już myśleć, że straciłam jeden dzień urlopu. Zyskałam dodatkową atrakcję. Problem został rozwiązany i przekuty w korzyści. Ktoś może nazwać to naiwnością, dla mnie to pozytywne nastawienie. 

czwartek, 3 lipca 2014

Jak się zrelaksować przy 38°C w cieniu?

Podczas kolejnej wizyty w Sewilli miałam okazję na własnej skórze przekonać się o zasadności wprowadzania siesty. Ze względu na zabójcze temperatury, praca, a właściwie jakikolwiek wysiłek intelektualny lub fizyczny jest niemożliwy między godziną 12 i 16. Później właściwie też, ale chyba nawet Hiszpanie stwierdzili, że z kryzysu nigdy nie wyjdą jeśli będą pracować tylko w godzinach zmniejszonego nasłonecznienia. 

Takie upały można przetrwać na dwa sposoby. Po pierwsze można zaszyć się w domu zamknąć okiennice i jeść lub spać, albo skorzystać z wszechobecnych basenów. 3/4 bloków w Sewilli na dachu posiada basen dla mieszkańców. Nie świadczy to wcale o ekskluzywności miejsca, to po prostu niezbędne minimum. Nawet jeśli basen jest niewielki i w najgłębszym miejscu ma zaledwie 1m, często jest jedynym miejscem gdzie w tygodniu, pracujący Hiszpanie mogą odpocząć od skwaru. 

Ja nie miałam tego problemu, byłam przecież na wakacjach. Pojechaliśmy więc do Mazagon na boską plażę Rompeculos. Godzina drogi od Sewilli. Na samej plaży żywego ducha w lewo i w prawo w odległości 200 m od nas. 


Pasuje do niebieskiej kolorystyki.










A na basenie było tak: 




Wróciliśmy do Sewilli późnym popołudniem, na małe, mięsne co nieco. Nazw nie pamiętam, nie byłam w stanie ich nawet powtórzyć. Ale nie tracę nadziei, że kiedyś nauczę się powtarzać hiszpańskie nazwy. 





A w zestawie wyglądało to tak. Bardzo po polsku.
A jeśli nie plaża, jeśli szczycisz się tym, że do plażowania masz nastawienie skrajnie negatywne, jeśli na każdym kroku powtarzasz że leżenie plackiem na piasku jest dla lam, jeśli z politowaniem patrzysz na ludzi wcierających olejki z filtrem SPF 15... możesz zobaczyć w Sewilli potencjalny plan zdjęciowy dla 5-ego sezonu Game of Thrones ( po szczegóły klikaj tu) Alcazar to piękny muzułmański pałac a raczej kompleks pałacowy z ogrodowymi labiryntami pełnymi palm i fontann wypełnionych po brzegi żarłocznymi karpiami (btw: ciekawe, czy ten motyw zostanie wykorzystany, jakoś.... )












Moja historia nie ma puenty bo nie mam na nią pomysłu. Podróż do Hiszpanii była dla mnie tak stresująca (opiszę w kolejnym wpisie na temat siły pozytywnego myślenia), że po prostu chciałam pokazać te zdjęcia i wywołać trochę zazdrości. Udało się?

sobota, 14 czerwca 2014

Znowu w kuchni mi nie wyszło vol.1

Jako spec od gotowania, profesjonalna blogerzystka i kreatorka sobie tylko znanej definicji dobrego smaku postanawiam podzielić się z wami moimi kulinarnymi wtopami. Oczywiście będę musiała specjalnie partaczyć te pyszne dania, bo przecież ja się nigdy nie mylę. Nie mniej jednak myślę, że wyjdzie z tego niezły cykl "The Worst of". 
Poza tym będziecie mogli utożsamiać się ze mną, poczuć, że jestem takim samym człowiekiem jak wy, popełniam błędy i bla bla bla....

Na pierwszy ogień idzie Quasi Carbonara. 
Nie wiem co mnie podkusiło, żeby mieszać słony boczek ze słonymi oliwkami i jeszcze osolonym makaronem. 
Nauka na przyszłość: smaki powinny się uzupełniać i bilansować: słony ze słodkim, gorzki ze słodkim, kwaśny ze słonym etc. Jeśli o tym zapomnimy danie wyjdzie mdłe i niejadalne. 




ps. prawdziwy powód powstania tego cyklu jest oczywiście dużo bardziej przyziemny. Po prostu marnuję dużo produktów na dania, które okazują się... powiedzmy, nie do końca takie jakbym chciała, a mimo to fajnie byłoby zrobić z nich pożytek, no to zrobiłam i napisałam o nich

wtorek, 3 czerwca 2014

Tosty z pieczarkami

Potrzebujemy (wersja dla 2 głodnych osób)
pół chleba pszennego, typu wiejski
500 g obranych, pokrojonych pieczarek
mała cebulka dymka
2 ząbki czosnku
50 g masła
4 łyżki oleju rzepakowego
garść natki pietruszki
pół szklanki białego półwytrawnego wina
łyżka suszonego tymianku
pół cytryny
sól i pieprz

Zaczynamy:
Na patelni rozgrzewam olej i wrzucam pokrojoną cebulkę. Dodaję pieczarki a po ok. 2 minutach również wino. Kiedy wino zaczyna bulgotać dorzucam połowę masła. Gdy pieczarki nieco się skurczą wciskam ząbki czosnku, dodaję tymianek, sól, pieprz i kilka kropli soku z cytryny. Mieszam i czekam aż wino zredukuje się o ponad połowę.
Mniej więcej w tym samym czasie na drugiej patelni rozgrzewam pozostałe masło i układam na nim kromki pieczywa. Kiedy się zrumienią odkładam na talerze. Pieczywo nie musi być bardzo ciepłe, żeby nasza przekąska była smaczne. 
Kiedy już pieczarki są odpowiednio miękkie, ale jeszcze jędrne i jasne, widelcem układam je na tostach i skrapiam odrobiną soku z cytryny każdą kromkę. Układam świeżą natkę pietruszki i serwuję na stół. 



wtorek, 6 maja 2014

Zielona pasta z krewetkami

Powrót do Polski niewiele zmienił moje przyzwyczajenia. Nadal kuchnia włoska pojawia się na moim stole najczęściej. Tym razem wykorzystałam majówkowy relaks i fatalną pogodę, żeby stworzyć zieloną pastę z krewetkami w winie. Brzmi skomplikowanie? I takie też jest. Trochę się trzeba przy tym napracować i pobrudzić więcej naczyń niż zwykle, ale efekt wart jest zachodu. Dziś zapraszam na danie czysto weekendowe, dla tych, którzy nie wiedzą co zrobić z wolnym czasem. 

Potrzebujemy:
2 średnie cukinie
300 g makaronu typu penne
średnią cebulę
2 ząbki czosnku
zieloną nać selera
paczkę krewetek w zalewie
szklankę białego wytrawnego wina
łyżkę masła
szczyptę papryki ostrej
łyżkę suszonej bazylii
łyżkę gałki muszkatołowej
szklankę ciepłej wody
2 łyżki oliwy z oliwek
sól, pieprz

Zaczynamy:
Cebulę siekam i wrzucam na rozgrzaną oliwę. Dodaję posiekane w plastry cukinię i seler. Zalewam szklanką wody i duszę przez 15 minut. Po tym czasie cukinię solę, pieprzę i dodaję paprykę, bazylię i gałkę muszkatołową. Wciskam ząbki czosnku, dokładnie mieszam i zostawiam na małym ogniu aż cukinia będzie całkowicie miękka. W tym czasie w rondelku roztapiam masło i wrzucam na nie krewetki, gdy sos zrobi się delikatnie kremowy wlewam białe wino i jeszcze chwilę duszę w nim krewetki. W dużym garnku gotuję wodę na makaron. Gdy cukinie są odpowiednio miękkie miksuję je na gładki krem przy pomocy blendera. Idealnie gładką masę przelewam duszących się w winie krewetek. Zostawiam na małym ogniu dodając jeszcze odrobinę gałki muszkatołowej. 
Na talerze nakładam makaron i polewam zielonym sosem. 



niedziela, 27 kwietnia 2014

Salsa Romesco

Przygotowałam ją na Wielkanocne śniadanie, jako alternatywę dla faszerowanych jajek. Sprawdziło się i gdyby nie mozolne siekanie orzechów z pewnością salsę Romesco robiłabym znacznie częściej. 

Potrzebujemy:
40 g migdałów bez skórki (moczę je w tym celu kilkanaście minut we wrzątku, aż skórka zacznie odchodzić po delikatnym potarciu)
40g orzechów laskowych
2 duże pomidory
1 długa czerwona papryka 
125 ml oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku
1 łyżka słodkiej papryczki w proszku
2 łyżki octu winnego, czerwonego
4 łyżki bułki tartej (najlepiej ścieranej samodzielnie)
łyżka soku z cytryny
sól, pieprz

Zaczynamy:
Rozgrzewam piekarnik do 180C. Pomidory kroję na pół w taki sposób, by potem łatwo móc wyjąć pestki z ćwiartek. Kroję również paprykę. Warzywa układam na aluminiowej folii, polewam oliwą i wkładam do piekarnika na ok 20 minut. W tym czasie obrane ze skórki i osuszone migdały oraz orzechy laskowe mielę na drobny proszek w młynku do orzechów (ja zastosowałam improwizowaną metodę szatkowania ich tasakiem). 
Wrzucam orzechy do wspólnej miski. Pomidory i paprykę wyjmuję z piekarnika, oddzielam pestki i kroję w drobną kostkę. Czekam aż trochę ostygną i wrzucam do orzechów. Dodaję wyciśnięty czosnek, słodką paprykę, ocet i bułkę tartą. Na koniec zalewam wszystko oliwą z oliwek, dodaję sól, pieprz i skrapiam sokiem z cytryny. 

Mieszam wszystko bardzo dokładnie i wstawiam do lodówki na przynajmniej 2 godziny. Podaję na świeżym pieczywie typu bagietka lub ciabatta.





niedziela, 20 kwietnia 2014

Tort Wielkanocny

Nie jest to tradycyjne ciasto Wielkanocne, ale w zalewie bab, mazurków i serników miałam ochotę na coś bardziej owocowego. Ciasto, jakżeby inaczej, jest bardzo proste, a poza tym nie ma opcji żeby się nie udało. Jasne, możecie spalić albo zrobić zakalec, ale zakładam że potraficie korzystać z zegarków. 

Potrzebujemy:
1 szklankę mąki pszennej
1 szklankę mąki ziemniaczanej
1 szklankę cukru
4 całe jajka
duży proszek go pieczenia
250 g masła (kostka, plus trochę do smarowania)
100g mlecznej czekolady
migdałowy zapach do ciasta
masło czekoladowe lub czekoladowo - orzechowe (typu Nutella)
serek mascarpone
cukier waniliowy
świeże borówki lub maliny (opcjonalnie truskawki)

Zaczynamy:
W rondelku na małym ogniu roztapiam masło i zostawiam do przestygnięcia (nie można wlewać zbyt ciepłego bo jajka mogą się ściąć). W rondelku obok roztapiam w kąpieli wodnej 100 g czekolady. W misce mikserem rozbijam jajka z cukrem. Dodaję mąki, proszek i zapach. Wlewam ostudzone masło i czekoladę. Mieszam dokładnie. Wlewam do wysmarowanej masłem okrągłej formy i wstawiam do nagrzanego do 180 stopni piekarnika. Wyjmuję po 50 minutach (po 30 minutach warto sprawdzić czy wszystko jest ok). Odstawiam ciasto na kilka godzin. Kiedy już ostygnie, rozdzielam na dwie części. Jedną smaruję masłem czekoladowym i przykrywam drugą. Mascarpone mieszam z cukrem waniliowym i smaruję nim wierzch tortu. Posypuję umytymi owocami. Do momentu podania trzymam w lodówce. 



niedziela, 13 kwietnia 2014

Zielona sałatka makaronowa

Potrzebujemy: (wersja dla 4 osób)

500 g makaronu typu farfalle
zielony ogórek bez pestek
7 suszonych pomidorów
pęczek szczypiorku
garść rukoli

Sos:
6 łyżek oliwy z oliwek
2 łyżki octu z białego wina
1.5 łyżeczki cukru
5 posiekanych listków świeżej bazylii
2 łyżeczki musztardy dijon
sól, pieprz

Zaczynamy:
Makaron gotuję al dente w lekko osolonej wodzie. Odcedzam i przelewam zimną wodą jednocześnie mieszając. Gdy makaron stygnie przygotowuje sos. Do wysokiej miski wrzucam wszystkie składniki i intensywnie mieszam aż uzyskuję gęstą, jednolitą konsystencję. Odstawiam na chwilę i kroję ogórek i pomidory. Siekam rukolę i szczypiorek. Makaron przerzucam do miski. Zalewam sosem i dokładnie mieszam. Na koniec dodają warzywa i jeszcze raz delikatnie mieszam. 


Buon appetito.

piątek, 4 kwietnia 2014

Cortelazor

Włoskie Gotowanie na Bananie już nie jest Włoskie. Tę zmianę pokutuję brakiem czasu i jednoczesnym brakiem weny. Ale dla zapchania miejsca na blogu postanowiłam w końcu wrzucić zdjęcia z ostatniego wypadu do Hiszpanii. 
Cortelazor to maleńka (300 mieszkańców, jeden bar i dwa sklepy) wioska na północy Andaluzji. Położona w górach, otoczona wybiegami dla andaluzyjskich prosiaków, jest cudownym miejscem na relaks. Żadnych szlaków turystycznych, żadnych wycieczek, żadnych sklepów, barów, pubów i restauracji, tylko siestujący Hiszpanie, chodząca szynka, cudowna pogoda i mnóstwo zieleni. Kompletna dzicz. Idealnie!