niedziela, 30 czerwca 2013

Caffe vs. Macchiato

Słowo caffe w języku włoskim jest niodmienialne, nawet nie ma liczby mnogiej. Caffe to po prsotu caffe, z tym dziwnym apostrofem nad "e". Zamawiasz caffe i masz jak w banku, że dostaniesz mocne i czarne jak sagan espresso,z delikatnie spienioną warstwą wierzchnią. Nikt tu zresztą espresso nie zamawia chyba, że twój marny akcent wyczai wprawne włoskie ucho baristy, który postanowi wtedy dopytać się o szczegóły zamawianej kawy. Ja na szczęście z miejsca pokochałam zwyczaj zamawiania kawy przy barze i wypiajania jej jak szota bez siadania przy stoliku. Na hasło "un caffe" zawsze dostaję to czego mi do szczęścia potrzeba. Jest małe, czarne i wypijam je dokładnie tak jak pigwówke w wiadomym miejscu przy wiadomym barze (swoją drogą to straszne, że pigwówka jest tu towarem tak deficytowym, że powstają o niej legendy, a każdy kto ją zobaczył w sklepie i nie kupił, jest dyskawlifikowany ze spotkań na minimum 3 mitingi). Nie słodzę, mleka nie dodaję. 


Za takie śniadanie dietetyk by mnie zlinczował.

Nie zawsze jednak jest lekko. Pamiętam pierwszy dzień w Cremonie, kiedy koleżanka (również nietutejsza) poprosiła mnie o zamówienie dla niej latte. Odruchowo, polskim zwyczajem zamówiłam "un espresso e un latte" na co zdziwony nieco barman zareagował nieśmiałym pytaniem czy "latte" ma być ciepłe czy zimne. Sama na początku nie skumałam. Na szczęście szybko ogarnęłam niedociągnięcia językowe i teraz już wiem, że przy zamawianiu u Włocha kawy z mlekiem dokładnie trzeba zaznaczyć, że chodzi o "caffe latte" a nie samo "latte". Wyrozumiały barman z mojej ulubionej kawiarnio - aperitoviarni teraz cieszy się na mój widok jak dziecko i już nawet nie muszę mówić co chcę zamówić. Caffe e brioche to mój must have śniadaniowy. Jednak nie wszyscy tak mają. Nieco na północ multum odmian kaw wprowadza odrobinę zamieszania podczas zamawiania we włoskim barze. O ile ja doskonale rozumiałam moją niemiecką bratnią duszę, która nie wyobraża sobie śniadania bez prawdziwego, dużego latte macchiato, pozostali uczestnicy integracji patrzyli ze zdziwieniem na nietypowo wyglądającą kawę z ogromna ilością spienionego mleka. Ich dopytywanie się o poprawną wymowę słowa "macchiato" na początku wprawiało mnie w zakłopotanie. Potem postanowiłam nieco przybliżyć im, na tyle na ile mogłam, idee różnych form podawania kawy. Ja sama preferuję trzy odmiany: polską plujkę (jako żem partiotka), chamską i pyszną americanę z jeffs'a (tylko w zestawie ze "śniadaniem szefa") oraz najmocniejsze na świecie espresso, czyli po prostu klasyk. 

We włoszech kawy nie pije się ot tak, kiedy ma się ochotę. Rygor włoskich posiłków obejmuje również napoje. Kawę pija się tu między 9 a 11, jako dodatek do mikroskopijnego śniadania. Następna pora na kawę przypada tuż po "pranzo" czyli lunchu. Podobno przyspiesza trawienie, ale ja wiem, że od tego jest grappa. Kawa po prostu działa pobudzjająco po zbyt dużej ilości pochłoniętych węglowodanów. 


Śniadanie mistrzów

We Włoszech nie żyjesz jeśli nie masz kawiarki, choćby w mikro rozmiarze. Ja moją zakupiłam trzeciego dnia i od razu poczułam się lepiej. Bez problemu obsługuje ona 4 osoby i jest najcudowniejszym wynalazkiem na świecie, o ile korzysta się z niej przestrzegając kilku rad specjalistów:

1. Nie przesadzaj z ilością - jeśli parzysz espresso powinno ono zajmować 1/3 tej małej filiżaneczki. Parzenie dużej ilości nie ma sensu bo i tak resztę wyrzucasz. 

2. Nasypując kawę pamiętaj by nie używać przy tym metalowej łyżki. To rada babci z Sardynii. Wsypuj na oko, a kawę rozprowadzaj potrząsając delikatnie sitkiem. Kiedy znajdzie się w pojemniku nie powinno się już dotykać jej łyżką. 

3. Ostrożnie z efektami. Kiedy kawiarka zacznie bulgotać, odczekaj 2 minuty i zestaw z ognia. Wytrzymaj chwilę nim nalejesz kawę do filiżankek. Kawa powinna być od razu gotowa do wypicia na jeden łyk. Słyszałam o poważnych uszkodzeniach twarzy i rąk po gwałtownym otwarciu pokrywki. Serio, bulgocząca, czarna maź nie jest do oglądania. 






Lago di Garda

Ponieważ mój blog robi się bardziej włoski niż kulinarny (choć staram się zachować jako takie proporcje). Ponieważ byłam dziś na genialnej wycieczce i mam kilka super zdjęć. I najważniejsze "ponieważ": jest 3 w nocy i totalnie nie mam siły myśleć o treści wpisu a wiem, że przez kolejnych kilka dni również nie znajdę na to czasu, wrzucam po prostu zdjęcia jak leci. Bo to strasznie sknerowate trzymać takie rzeczy tylko dla siebie. 

Nad Lago di Garda jechaliśmy z Cremony około 2h (ale to dlatego, że nieco pobłądziliśmy na finiszu). Najważniejsze to nie zrażać się pierwszą falą turystów. Potem jest ich mniej i są znacznie bardziej sympatyczni. Spotkacie tu przede wszystkim niemców i rosjan. Jeśli nie jesteście w stanie tego wytrzymać proponuję rejs statkiem lub wynajętą motorówką. Tanie to nie jest (ok 120euro za 2h) ale czymże są te pieniądze jeśli można uniknać turystycznego tsunami na lądzie. 

Ps: nie obrabiałam nic a nic, bo po 1. uważam, że nie trzeba, po 2. ledwo rozpoznaję litery na klawiaturze a co dopiero kolory na zdjęciu. 




Nie wiem co mają pachnące mydełka do tego jeziora, ale wyglądały tak słodko...

Samo się prosi o posadzenie dupska i wypicie kolejnej kawy. Nawet jeśli to 4 tego ranka. 

Warto poświęcić cały dzień by objechać jezioro i zatrzymywać się w najładniejszych miasteczkach (pojęcie względne które to są więc doradzać nikomu nie będę).


Mikro zestaw na colazione i pranzo w jednym

Pierwsze wrażenie: nieskazitelnie czysta woda, co przy syfiastym trybie życia Włochów jest naprawdę zaskakujące. 

Pogoda na początku się na nas wypięła. Ale cierpliwie czekaliśmy i się doczekaliśmy. Pod koniec dnia słońce naprawdę grzało. 

Turystyczne tumany są tylko na początku drogi, im dalej tym sytuacja staje się bardziej unormowana i można znaleźć takie cichutkie zakątki. 



Nawet kibel w restauracji nad tym jeziorem jest niesamowity. Jeśli jedzenie się nie przyjmie, taki widok rekompensuje. 



czwartek, 27 czerwca 2013

Kryzys ekonomiczny we Włoszech

Nie pytajcie dlaczego wybrałam to zdjęcie, bo robiłam to na chybił trafił. 

Dziś będzie na poważnie. Nie można przecież wiecznie pisać o jedzeniu, bo wiadomo... bez względu na to co gadał Maslow, nie ono jest najważniejsze. 
Moje wpisy dotyczące Włochów mogą prowadzić do mylnego wrażenia, że na nich narzekam. Nigdy w życiu!!! Kocham ten naród miłością wielką i wydaje mi się, że nawet odwzajemnioną. Czuję się wśród nich cudownie i choć jestem patriotką w dobrym tego słowa znaczeniu wiem, że spokojnie mogłabym zostawić rodzinne miasto i zakotwiczyć się w Rzymie (Sieną też nie pogardzę). Nie zmienia to jednak faktu, że na każdym kroku przekonuję się o słuszności wszystkich stereotypów o Włochach, które usłyszałam przez całe moje bardzo krótkie życie. 

PO PIERWSZE: Tak to prawda, Włosi się spóźniają. Nie dlatego, że robią to złośliwie, nie dlatego, że nie szanują czasu drugiej strony i niestety również nie dlatego, że mają coś nagłego do załatwienia. Włosi spóźniają się bo po prostu nie zdają sobie sprawy z upływającego czasu. Nie wiedzą, że niektóre czynności zajmują nieco więcej czasu niż ten, w trakcie którego zdążą o nich pomyśleć. To takie proste, że aż śmieszne. Gdy się to zrozumie, po prostu nie da się na nich wkurzać za te 30 minutowe obsuwy.

PO DRUGIE: Tak to prawda, Włosi nie lubią pracować. Wykręcają się od tego jak mogą. Mogę posłużyć się cieplutkim, świeżutkim przykładem. Organizacja w której pracuję, zajmuje się osobami z niepełnosprawnymi umysłowo i ruchowo. Wychowawcy prowadzą z nimi zajęcia i organizują czas kiedy ich opiekunowie są w pracy. Jednak przy 40 C w cieniu pracuje się ciężko, w związku z tym zorganizowali grill party w wielkiej rezydencji jednej z wychowawczyń. Grill razem z przygotowaniami zają 6 godzin. Wzięli w nim udział wszyscy pracownicy i niektórzy opiekunowie. 7 godzin pracy minęło błyskawicznie. Impreza świetna, integracja ogarnięta, wszyscy zadowoleni... a może jednak nie... i tu przechodzimy do:

PO TRZECIE: Włosi nie lubią swojego stylu życia, choć z drugiej strony zupełnie nie są zainteresowani zmianami. Zaczyna się od niewinnego pytania "Dlaczego wybrałaś Włochy, dlaczego chcesz tu żyć?" Wtedy moją pełną zachwytu nad ich krajem odpowiedź kwitują krótkim: "Chyba żartujesz" po czym dodają całą listę wad, niedogodności, trudności, wytykają swoją opieszałość, brak zaangażowania. Kończą oczywiście na polityce, służbie zdrowia i podatkach. Kiedy mówię im, że w każdym prawie kraju narzeka się na polityków, służbę zdrowia i podatki, z pełnym politowania dla mojej ignoracji spojrzeniem, mówią: "Ale my mamy najgorzej".

Specjalistą nie jestem, ale takie nastawienie nie wpływa zbyt dobrze na ogólną kondycję kraju. Marazm się szerzy a kryzys coraz większy. Koło się zamyka, temat nie wyczerpany bo takich sprzeczności w życiu Włochów jest mnóstwo i nie omieszkam o nich wspomnieć. 

Tymczasem morału nię będzie bo jestem spóźniona na kolejne mało produktywne spotkanie, które pewnie skończy się butelką grappy. 

środa, 19 czerwca 2013

Macedonia z dodatkiem

Włoski deser, który przyjęłam z wielką ulgą po zalewie kremów, kruszonek, mas czekoladowych i babeczek. Moi goście mogą od teraz spodziewać się go przy każdej możliwej okazji. Miks owoców w towarzystwie lodów lub sorbetu z limonki jest idealny gdy na zewnątrz temepratura dobija do +30. Do tego w miarę zdrowo i nadal bardzo słodko. Nie jestem fanką owocowych deserów, więc jeśli polecam coś takiego to znaczy, że naprawdę warto. 

Potrzebuję
0,5 kg ciemnych winogron
25 dag truskawek
2 banany
pół żółtego melona
2 średnio twarde kiwi
ananas (świeży lub krojony na tacce)
kokos (można kupić gotowe porce z krojonym kokosem)
lody o smaku pana cotta lub sorbetu limonkowego

Zaczynamy
Wszystki owoce kroję na kawałki wielkości jednego kęsa. Wrzucam do wspólnej miski i wstawiam do lodówki. Po ok 20 minutach owoce powinny puścić sok. Wtedy mieszam je dokłądnie i przekałdam do pucharków. Na wierzch każdego układam dwie łyżeczki lodów lub sorbetu. 



Tutaj użyłam panna cotty z odrobiną karmelu. Z sorbetem limonkowym deser jest zdecydowanie lżejszy i sprawdzi się jako zwieńczenie naprawdę dużego żarcia. 




wtorek, 18 czerwca 2013

We're in the jungle baby

Czyli dwa dni w zakorkowanym, trąbiącym i turystycznie oblężonym Rzymie. Właściwie to powinno wystarczyć za całą treść wpisu. Dlatego zamiast się rozwodzić nad oczywistymi oczywistościami ograniczę się do pogłębionych podpisów do zdjęć. Rzym jak zwykle był po prostu boski. Za każdym razem gdy tam przyjeżdżam już na wstępie jest mi źle bo wiem, że będę musiała wyjechać. Dlatego plan na przyszłość jest taki żeby nie wyjeżdżać. Bo to po prostu MOJE MIASTO. Czuję się tu jak ryba w wodzie, jak panda biała w zoo i jak pralinka obok espresso. Zresztą podobny był wydźwięk komplementu od pewnej Włoszki, powiedziała: " Wyglądasz tu tak naturalnie... jak u siebie". Cóż... nie tylko wyglądam, ale tak się też czuję. 






Jeśli zdecydujecie się na lody w Rzymie szukajcie Gelaterii Grom. Mają najlepsze i najbardziej naturalne lody ever. No i oczywiście godne porcje. 



20 minut czekania na pustą ulicę i się udało. 



Skoro mowa o przyszłym mieszkaniu w Rzymie, myślę że z takim apartamentem czułabym się całkiem nieźle. Widok na Piazza Spagna wcale mi nie przeszkadza. 

W ostateczności ograniczę się do czterech kątów gdzieś bliżej Tybru. 





Miało nie być turystycznie, ale się nie da. Włosi nawet mapy robią na odwal się. 

Najpyszniejsze i najdroższe espresso ever (5euro), ale rozumiem, że płacę za widok.






Prosciutto con melone wypadło super, nie tylko na zdjęciu. Ale nadal nie ogarniam, gdzie oni potem mieszczą kolejne 4 posiłki. 

Włoski luz. Garniak Armaniego, buty Prady, okulary Chanel, etui na telefon Bulgari, ale to wszystko nic gdy trzeba odsapnąć w cieniu przy 45 C. (Marki wypatrzyłam, bo przechodziłam obok niego 5 razy -> patrz zdjęcie z mapą)

Jungle

Koleś który je robił uparcie chciał mi się wpierdzielić w zdjęcie. Nie dałam się :)

Smacznego. 


czwartek, 13 czerwca 2013

Festa na plastiku - poradnik

Gotowanie dla Włochów do najprostszych nie należy. Nie dlatego, że mają tak wrażliwe podniebienia. Przede wszystkim chodzi o ilości pochłanianego przez nich pokarmu. Nim zaprosi się Włochów do domu, trzeba przygotować się na totalne przetrzebienie lodówki. Nauczona niezbyt długim, acz dość intensywnym doświadczeniem, chętnie podzielę się kilkoma spostrzeżeniami, tak just in case.

  1. Przygotujcie się na min. 4 dania. To minimum, po którym goście będą właściwie nawet zadowoleni. Mniej nie wchodzi w grę, bo wyjdziecie na dziwolągów. Jako 5 danie niektórzy liczą kawę a potem jest jeszcze mały szocik.
    Prawidłowa kolejność dań podczas włoskiej kolacji:
    Antipasti - np mozzarella z pomidorami
    Primo piatto - pasta lub risotto
    Secondo piatto - mięso lub ryba
    Contorno - warzywa, ziemniaki albo grzyby w różnej postaci
    Deser - ciasto lub słodki mus z dodatkiem owoców
    Kawa - nie wymaga komentarza
    Coś na trawienie - dozwolone są: grappa lub limoncello
  2. Pasta to nie danie główne. Wbrew powszechnej opinii wśród laików, pasta dla Włocha nie jest najważniejszym posiłkiem. Stanowi jedynie wstęp, podobnie jak ryż. Jest to zazwyczaj pierwsza, lub pierwsza i ostatnia ciepła przystawka przed daniem głównym.
  3. Warzywa, warzywa, warzywa. Są po prostu niezbędne. Nie silcie się na nic wyszukanego, wystarczą grillowane cukinie z oliwą i parmezanem albo fasolka, dla odmiany posypana parmezanem.
  4. Zacznijcie od grissini. To chyba nie wymaga komentarza. Wystarczy postawić obok na stole oliwę z czosnkiem oraz guacamole zmieszane z suszonymi pomidorami i odrobiną jogurtu. Sprawdzą się też pomidorki koktailowe i plasterki szynki parmeńskiej. Bez żadnych udziwnień, prostota ma swój urok. 
  5. Bez deseru ani rusz. Preferowane wszelkie musy i tarty, najlepiej z nadzieniem limonkowym, które Włosi pochłaniają bez opamiętania. W ostateczności zaakceptują owoce, ale nie będą jakoś bardzo zadowoleni.
  6. Plastik czyni cuda. To nieco kłóci się z moją wizją fajnego żarciowego spotkania, ale cóż. Kiedy wchodzisz między wrony, zacznij krakać tak jak one. No to zaczęłam i mi się całkiem spodobało. Liczy się smak, kolor jedzenia, atmosfera przy stole, towarzystwo i wino (to z kartonu wymiata). A to czy jemy na plastikowych talerzach…? Who cares? Mnie plastik urzekł. Wystarczy żeby był kolorowy. Do tego fajne dodatki (świeczki, kolorowe serwetki itp.) i od razu wieczór staje się przyjemniejszy i mniej obciążający dla gospodarza. 


Przepis wkrótce.