wtorek, 25 lutego 2014

Po co się jedzie do Trento?

Trentno, czyli z polska Trydent, to ostatnie, północne miasto z mojej listy "koniecznie zobacz we Włoszech". Już nawet zwątpiłam, że uda mi się zobaczyć je przed wyjazdem, ale od czego ma się przyjaciół. Dziewczyny zrobiły mi wyjazd niespodziankę (tak, jestem tak ekstremalnie naiwna, że nie orientuję się w akcjach pod tytułem: "spotkajmy się przed wejściem na stację"). Tym sposobem, przedostatnią włoską niedzielę spędziłam w górach, lubując się we włoskim klimacie i niemieckim żarciu. 

Do Trento jechałyśmy pociągiem. Z Mediolanu i okolic podróż zajmuje około 4 godzin, ale najwięcej czasu zjadają przesiadki. W Mantovie i Veronie czekałyśmy łącznie ponad godzinę, ale Trento zrewanżowało się pięknymi widokami i wymarzoną pogodą. 




Trento uznawane jest za jedno z bogatszych włoskich miast. Nic dziwnego, położony w bajecznym otoczeniu Wschodnich Alp jest ważnym ośrodkiem turystycznym, szczególnie dla niemców i szwajcarów, a wszyscy wiedzą, że te dwie nacje to przecież kopalnie pieniędzy. Mimo tego, że przemysł stoi tam całkiem mocno, w samym mieście czuje się atmosferę błogości i spokoju. Wszystko jest dopieszczone i pięknie wykończone, od bruku po dachówkę nie znajdziesz tam brzydkiego elementu. Generalnie cacy. 

Ale zanim przejdę do centrum miasta, zareklamuję przejażdżkę kolejką linową na szczyt wzgórza, z którego rozciąga się widok na całe Trento. W mieścince Sardagna, znajdującej się na szczycie, właściwie nic nie ma, ale za 5 euro (tam i z powrotem) warto się przejechać, bo widoki są tego warte. Początek trasy znajduje się zaledwie 5 minut spacerkiem od stacji kolejowej, po drugiej stronie torów. 

Jak w każdym włoskim mieście, oczywiście trzeba zobaczyć Piazza Duomo, jednak w tym przypadku jest to rzeczywiście przyjemne, klimatyczne miejsce a poza tym dobry punkt orientacyjny. Na środku placu znajduje się fontanna Neptuna, która nie tylko nam służyła jako miejsce odpoczynku. 














Kultura Trento, z racji bliskości Niemiec (a raczej zasobności portfeli mieszkańców), zaczerpnęła wiele właśnie z tego kraju. I w tym miejscu przejdziemy do jedzenia, bo kiedy jesteś w Trento nie możesz przejść obok niego obojętnie. Właściwie to konsumowanie tych pyszności zajęło nam najwięcej czasu. Na pranzo wybrałyśmy się do poleconej przez mieszkankę Birrerii. Restauracja jest po prostu gigantyczna a liczba gości niepoliczalna. Na szczęście jeśli jesteś obcokrajowcem i masz zwyczaj jadania obiadu o godzinie 15 - 16 twoje szanse na znalezienie wolnego stolika znacząco rosną. W godzinach 13 - 14 w restauracji roi się od krzyczących włochów pałaszujących parówki, gulasze, knedle i inne mamałygi. O ile nie jestem zwolenniczką ciężkiego, bardzo mięsnego jedzenia w Birrerii dałam się ponieść. Ponieważ zupełnie nie mogłyśmy się zdecydować na dania, postanowiłyśmy zamówić tak, by każda mogła spróbować wszystkiego. Tak więc były canederli, strangolapreti, gulasz, wurstel, spatzle i polenta. Wszytko popijałyśmy warzonym na miejscu piwem. To już wiecie po co się jedzie do Trento.



Grillowany ser, polenta i grzybki które wymiatały. 

Ta biała kulka to canederli, biało-zielona paćka to spatzle allo speck, a zielone kulki to strangolapreti

Desery: wybór był tak trudny, że po prostu ustawiłyśmy wszystko na środku i zrobiłyśmy degustację. Zamówiłyśmy (górny lewy róg): meringata, profitelor, panna cotta ai frutti, strudel i mouse al cioccolato




A to ostatni punkt programu - vin brule (grzane wino) i ichniejszy pączek, czyli bomboloni. Podaje się go z owocami lub nutellą. Sprzedają się w niewielkich budkach rozmieszczonych przy większych placach. Kolejek nie ma, bo każdy Włoch z innego regionu niż Trento patrzy się na grzane wino jak na zło wcielone. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz