Nie powinno się oceniać miejsca po trzech dniach pobytu, ale jestem tylko człowiekiem. Do diabła z obiektywizmem. Praga nie powala, jest ładna, ale w czym ładniejsza od warszawskiej, wrocławskiej lub gdańskiej starówki (wybaczcie, ale krakowska jest w moim rankingu daleko za tymi wymienionymi)?
Niczym.
Odpicowana tylko miejscami, szara i ponura, z kiepską kuchnią i beznadziejną obsługą w restauracjach i barach.
W Pradze miałam jedną z nielicznych ostatnio okazji do tego by rzeczywiście się zrelaksować, odpocząć na 100%, zresetować, wyspać etc. Wszystko to dlatego, że wcale nie spieszyło mi się do zwiedzania, oglądania i podziwiania. Wystarczyło, że byłam daleko od domu w fajnym hotelu i z dostawą jedzenia prosto do łóżka. W zasadzie mogłabym być w każdym innym miejscu spełniającym te kryteria.
Jedyną atrakcją, dla której rzeczywiście warto odwiedzić miasto jest Wzgórze Petrin z podrabianą Wieżą Eiffela na szczycie. Żeby dostać się na górę można wybrać się pieszo lub skorzystać z tramwaju (takiego samego jaki znajduje się w Bergamo). Z tramwajo-kolejki wysiadamy w uroczym parku i tylko krótki spacer dzieli nas od 60-metrowej wieży, na szczyt której prowadzi ponad 200 stopni. Koszt tego samobiczowania to 120 koron. W tej cenie miałam możliwość zdiagnozowania u siebie leku wysokości i klaustrofobii, za to widoki takie oto:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz