piątek, 26 grudnia 2014

Gadżety w kuchni

Nareszcie mam swoją kuchnię, w której mogą robić co tylko dusza zapragnie. Choć jest mikroskopijna, postanowiłam zapełnić ją ślicznymi gadżetami, które niby nie są pierwszej potrzeby, ale jednak bardzo ułatwiają gotowanie. Z pomocą przy kompletowaniu sprzętów przyszły Święta i Mikołaj. W ten oto sposób, w krótkim czasie moje szafki wypełniły się ślicznymi kuchennymi cacuszkami. 





Spośród kilkunastu gadżetów wybrałam te, które wydają mi się najciekawsze, najbardziej efektowne (jeśli planujecie kupić prezent), lub najbardziej praktyczne.

1) pojemnik na przyprawy, ale nie taki ikeowy gdzie każdy słoiczek sobie. Tutaj mamy pięć minisłoiczków, które na spodzie mają magnes. Przyczepia się on do metalowej podstawki, która z kolei w sprytny sposób ustawiona jest pod kątem, tak, że widzisz całą zawartość. Nie dość, że świetnie prezentuje się w kuchni, to do tego jest bardzo praktyczne. 

2) Moździerz, zawsze chciałam go mieć, choć nigdy nie wydawał mi się wystarczająco niezbędny, a potem przychodziło jakieś danie z pesto lub ucieraną świeżo kolendrą i plułam sobie w brodę, że znowu nie kupiłam. Teraz już mam, ciężki, ciemny, kamienny, będzie moim ulubionym gadżetem w kuchni. 

3) Silikonowa stolnica z silikonowym wałkiem nie spełni już funkcji ze starych małżeńskich kawałów (od tego mam moździerz). Stolnica w kolorze wściekłego różny i fluo zielony wałek razem wyglądają idealnie a do tego są bardzo praktyczne. Stolnica ma wyrysowane miarki zarówno w środku (np na pizzę) jak i na brzegach (np kruche ciasto). 

4) Tarka, ale nie taka zwykł, ta ma trzy wymienne tarki i pojemnik pod spodem. Dzięki temu mogę trzeć buraki bez obaw, że biała kuchni zmieni kolorystykę. 

5) Spray do oliwy i octu. To genialne urządzenie zwłaszcza dla tych na diecie. Ogólnie wiedziałam, że spryskiwacz z oliwą to bardzo przydatna rzecz, ale teraz mam pojemnik, który działa podwójnie. Jedną część napełniam octem, drugą oliwą, ustawiam pokrętło i pryskam jednym, drugim, albo jednocześnie 50/50. Genialne :)

6) Pędzelek do smarowania. No niby nic potrzebnego, ale okazuje się, że bez tego ani rusz. Jednak nie każdy pędzelek spełnia swoją funkcję. Te z włosem trzeba często wymieniać i trudno je doczyścić, z kolei w wielu sklepach znajdywałam plastikowe z bardzo twardymi i rzadko rozmieszczonymi końcówkami, których w ogóle nie dało się używać. Ten jest idealny bo gęsto ułożone, silikonowe "włoski" są na tyle giętkie, że bez problemy rozsmarują masło lub białko na cieście, a przy tym bardzo łatwo się je czyści. 


sobota, 20 grudnia 2014

Praga nie taka piękna jak ją malują

Nie powinno się oceniać miejsca po trzech dniach pobytu, ale jestem tylko człowiekiem. Do diabła z obiektywizmem. Praga nie powala, jest ładna, ale w czym ładniejsza od warszawskiej, wrocławskiej lub gdańskiej starówki (wybaczcie, ale krakowska jest w moim rankingu daleko za tymi wymienionymi)?
Niczym. 
Odpicowana tylko miejscami, szara i ponura, z kiepską kuchnią i beznadziejną obsługą w restauracjach i barach. 








W Pradze miałam jedną z nielicznych ostatnio okazji do tego by rzeczywiście się zrelaksować, odpocząć na 100%, zresetować, wyspać etc. Wszystko to dlatego, że wcale nie spieszyło mi się do zwiedzania, oglądania i podziwiania. Wystarczyło, że byłam daleko od domu w fajnym hotelu i z dostawą jedzenia prosto do łóżka. W zasadzie mogłabym być w każdym innym miejscu spełniającym te kryteria.




Jedyną atrakcją, dla której rzeczywiście warto odwiedzić miasto jest Wzgórze Petrin z podrabianą Wieżą Eiffela na szczycie. Żeby dostać się na górę można wybrać się pieszo lub skorzystać z tramwaju (takiego samego jaki znajduje się w Bergamo). Z tramwajo-kolejki wysiadamy w uroczym parku i tylko krótki spacer dzieli nas od 60-metrowej wieży, na szczyt której prowadzi ponad 200 stopni. Koszt tego samobiczowania to 120 koron. W tej cenie miałam możliwość zdiagnozowania u siebie leku wysokości i klaustrofobii, za to widoki takie oto: