Szykuję się do wyjazdu. Upiekłam pożegnalny tort czekoladowy, wyściskałam i wycałowałam kogo się dało, wyjadłam resztki z lodówki, zrobiłam generalne pranie ( nie wiem po jakiego grzyba, ale uznałam to za niezbędne). Dwie wielkie walizki czekają na załadowanie a ja zaczynam panikować widząc te wszystkie graty, które muszę zabrać. I to wcale nie chodzi o ciuchy, buty czy książki. Przez 9 miesięcy uzbierało się trochę... pamiątek, czyt. uprzedmiotowionych wspomnień. Ja, racjonalistka, kobieta - konkret, z sobie tylko znanym levelem abstrakcyjnego myślenia, rozckliwiam się nad zabazgrolonym paragonem z pierwszej pizzy z przyjaciółmi, biletem na pociąg z tripa po Toskanii i kradzioną łyżką... . Po prostu nie mogę sobie wyobrazić, że tych rzeczy nie zabiorę ze sobą z powrotem do Polski. Niektóre były prezentami, o inne zatroszczyłam się sama, czasem nie do końca legalnie. Jedne zupełnie na spontanie inne dokładnie przemyślane, prawie żadna nie kupiona a jeśli już to tylko dlatego, że ma jakieś ukryte znacznie.
I tak słucham Melody Gardot i robię listę moich osobliwych pamiątek - przypominajek - dla mnie, żeby żadnej nie zapomnieć przy pakowaniu, i dla was, bo może natchnieni odkopiecie swoje starocie i pomyślicie o kimś, o czymś ważnym....
- hiszpańska tablica rejestracyjna
- chiński wachlarz
- 3 zestawy "małego alkoholika" (korkociąg, zatyczka, pierścień, etc.)
- kalendarz osobisty
- mapy z każdego odwiedzonego miasta
- 3 portrety (tak, moje)
- skradziona z hotelu łyżka*
- korek po Chianti
- organizer podróży
- bilet do Trento dla 5 osób
- porwany t-shirt
- paragon
- "welcome" transparent od moich ragazzi
- mini latarka (zakoszona z hotelu)**
- świąteczne wydanie Cucina Italiana
- szpikulec do parmezanu
- włoskie mikrozapałki
- sowa "na szczęście"
Chciałabym również zaznaczyć, że zupełnie nie jestem typem zbieraczki. Wręcz przeciwnie, wszystko w czym nie upatruję praktycznego zastosowania wyrzucam. A przynajmniej wyrzucałam, bo teraz to już nie wiem jak będzie. Mówią, że gust człowieka zmienia się co siedem lat. Mi jeszcze ciut brakuje do czwartej siódemki, ale może właśnie zaczęłam ten proces.
* i ** - pierwszej kradzieży dokonałam sama, łyżka była potrzebna do naprawienia roweru a nasz sprzęt ograniczał się do pompki. Latarka zaś, była pomysłem koleżanki, która ma uroczy zwyczaj zabierania małych "pamiątek" z hoteli i hosteli, w których nocuje podczas podróży. Ona sama upatrzyła sobie ceramiczną muffinkę. Przedmiot bez zastosowania, ale wyglądała słodko.
piątek, 28 lutego 2014
wtorek, 25 lutego 2014
Po co się jedzie do Trento?
Trentno, czyli z polska Trydent, to ostatnie, północne miasto z mojej listy "koniecznie zobacz we Włoszech". Już nawet zwątpiłam, że uda mi się zobaczyć je przed wyjazdem, ale od czego ma się przyjaciół. Dziewczyny zrobiły mi wyjazd niespodziankę (tak, jestem tak ekstremalnie naiwna, że nie orientuję się w akcjach pod tytułem: "spotkajmy się przed wejściem na stację"). Tym sposobem, przedostatnią włoską niedzielę spędziłam w górach, lubując się we włoskim klimacie i niemieckim żarciu.
Do Trento jechałyśmy pociągiem. Z Mediolanu i okolic podróż zajmuje około 4 godzin, ale najwięcej czasu zjadają przesiadki. W Mantovie i Veronie czekałyśmy łącznie ponad godzinę, ale Trento zrewanżowało się pięknymi widokami i wymarzoną pogodą.
Trento uznawane jest za jedno z bogatszych włoskich miast. Nic dziwnego, położony w bajecznym otoczeniu Wschodnich Alp jest ważnym ośrodkiem turystycznym, szczególnie dla niemców i szwajcarów, a wszyscy wiedzą, że te dwie nacje to przecież kopalnie pieniędzy. Mimo tego, że przemysł stoi tam całkiem mocno, w samym mieście czuje się atmosferę błogości i spokoju. Wszystko jest dopieszczone i pięknie wykończone, od bruku po dachówkę nie znajdziesz tam brzydkiego elementu. Generalnie cacy.
Ale zanim przejdę do centrum miasta, zareklamuję przejażdżkę kolejką linową na szczyt wzgórza, z którego rozciąga się widok na całe Trento. W mieścince Sardagna, znajdującej się na szczycie, właściwie nic nie ma, ale za 5 euro (tam i z powrotem) warto się przejechać, bo widoki są tego warte. Początek trasy znajduje się zaledwie 5 minut spacerkiem od stacji kolejowej, po drugiej stronie torów.
Jak w każdym włoskim mieście, oczywiście trzeba zobaczyć Piazza Duomo, jednak w tym przypadku jest to rzeczywiście przyjemne, klimatyczne miejsce a poza tym dobry punkt orientacyjny. Na środku placu znajduje się fontanna Neptuna, która nie tylko nam służyła jako miejsce odpoczynku.
Kultura Trento, z racji bliskości Niemiec (a raczej zasobności portfeli mieszkańców), zaczerpnęła wiele właśnie z tego kraju. I w tym miejscu przejdziemy do jedzenia, bo kiedy jesteś w Trento nie możesz przejść obok niego obojętnie. Właściwie to konsumowanie tych pyszności zajęło nam najwięcej czasu. Na pranzo wybrałyśmy się do poleconej przez mieszkankę Birrerii. Restauracja jest po prostu gigantyczna a liczba gości niepoliczalna. Na szczęście jeśli jesteś obcokrajowcem i masz zwyczaj jadania obiadu o godzinie 15 - 16 twoje szanse na znalezienie wolnego stolika znacząco rosną. W godzinach 13 - 14 w restauracji roi się od krzyczących włochów pałaszujących parówki, gulasze, knedle i inne mamałygi. O ile nie jestem zwolenniczką ciężkiego, bardzo mięsnego jedzenia w Birrerii dałam się ponieść. Ponieważ zupełnie nie mogłyśmy się zdecydować na dania, postanowiłyśmy zamówić tak, by każda mogła spróbować wszystkiego. Tak więc były canederli, strangolapreti, gulasz, wurstel, spatzle i polenta. Wszytko popijałyśmy warzonym na miejscu piwem. To już wiecie po co się jedzie do Trento.
Do Trento jechałyśmy pociągiem. Z Mediolanu i okolic podróż zajmuje około 4 godzin, ale najwięcej czasu zjadają przesiadki. W Mantovie i Veronie czekałyśmy łącznie ponad godzinę, ale Trento zrewanżowało się pięknymi widokami i wymarzoną pogodą.
Trento uznawane jest za jedno z bogatszych włoskich miast. Nic dziwnego, położony w bajecznym otoczeniu Wschodnich Alp jest ważnym ośrodkiem turystycznym, szczególnie dla niemców i szwajcarów, a wszyscy wiedzą, że te dwie nacje to przecież kopalnie pieniędzy. Mimo tego, że przemysł stoi tam całkiem mocno, w samym mieście czuje się atmosferę błogości i spokoju. Wszystko jest dopieszczone i pięknie wykończone, od bruku po dachówkę nie znajdziesz tam brzydkiego elementu. Generalnie cacy.
Ale zanim przejdę do centrum miasta, zareklamuję przejażdżkę kolejką linową na szczyt wzgórza, z którego rozciąga się widok na całe Trento. W mieścince Sardagna, znajdującej się na szczycie, właściwie nic nie ma, ale za 5 euro (tam i z powrotem) warto się przejechać, bo widoki są tego warte. Początek trasy znajduje się zaledwie 5 minut spacerkiem od stacji kolejowej, po drugiej stronie torów.
Jak w każdym włoskim mieście, oczywiście trzeba zobaczyć Piazza Duomo, jednak w tym przypadku jest to rzeczywiście przyjemne, klimatyczne miejsce a poza tym dobry punkt orientacyjny. Na środku placu znajduje się fontanna Neptuna, która nie tylko nam służyła jako miejsce odpoczynku.
| Grillowany ser, polenta i grzybki które wymiatały. |
| Ta biała kulka to canederli, biało-zielona paćka to spatzle allo speck, a zielone kulki to strangolapreti |
sobota, 15 lutego 2014
Aksamitny krem szpinakowy
To najlepsze co można zjeść w sobotni poranek, gdy leje się z nieba a w lodówce jest tylko echo. Odkryłam, że zmiksowany szpinak ma genialnie kremową konsystencję, lekką jak piórko, a przy tym jest bardzo sycący.
Potrzebujemy (porcja na 5 - 6 osób) Czas przygotowania: 40 minut
paczkę mrożonego szpinaku (liście)
3 średnie ziemniaki
dużą cebulę
jeden niewielki por
2 łyżki masła
Przyprawy:
rozmaryn
tymianek
oregano
paprykę słodką
ostrą paprykę do dekoracji
orzeszki pinii do dekoracji
sól, pieprz
Zaczynamy
W rondelku rozgrzewam łyżkę masła i wrzucam pokrojoną cebulę. Podsmażam ją kilka minut i dodaję posiekanego pora. Zalewam wodą, dodaję szczyptę soli, pieprzu, rozmaryn, tymianek i oregano. Zostawiam gotujący się wywar na 10 minut.
W drugim dużym garnku gotuję ziemniaki w jak najmniejszej ilości osolonej wody. Najlepiej jest je pokroić w cienkie plastry, wtedy szybciej się ugotują a ostatecznie i tak będą zmiksowane. Gdy ziemniaki są miękkie, kilka łyżek wody przelewam do rondelka z cebulą a resztę wylewam. Do garnka z ziemniakami wkładam szpinak i zalewam wywarem z cebulą. Gotuję ok 15 minut dodając jeszcze odrobinę rozmarynu, tymianku i słodkiej papryki. Po zdjęciu z ognia, miksuję wszystko ręcznym blenderem. Nalewam do misek i dekoruję orzeszkami pinii i odrobiną ostrej czerwonej papryki.
sobota, 8 lutego 2014
Domowy burger
Burgery w fastfudach omijam zazwyczaj szerokim łukiem, ale nie dlatego, że jestem fanatykiem zdrowego żywienia. Po prostu jakoś dziwnie się po nich czuję, ciężko i niemrawo (chociaż to ostatnie to pewnie nie przez jedzenie). Postanowiłam więc spróbować zrobić burgery sama w domu, w wersji mojej, w miarę lekkiej, smacznej i nie tak bardzo niezdrowej. W przyszłości jest plan na samodzielne przygotowanie także bułek :)
Potrzebujemy (dla 2 osób)
2 bułki do hamburgerów (wybieram te amerykańskie)
paczkę mielonej wołowiny
1 średnią cebulę
3 ząbki czosnku
sól, pieprz
słodką paprykę w proszku
miks sałat
4 pomidorki koktajlowe
majonez
oliwę z oliwek
Zaczynamy
Z mięsa formuję płaski kotlety, posypuję posiekanym czosnkiem, solą i pieprzem. Zawijam do środka, ugniatam i formuję na nowo. Cebulę kroję w piórka i wrzucam na rozgrzaną oliwę. Podsmażam kilka minut i przekładam do miski, w której później będzie podana na stół. Na tej samej patelni układam przygotowane kotlety. Smażę około 4 minut z każdej strony.
Przekrojone bułki smaruję majonezem, układam mięso, cebulę, sałatę i pokrojone pomidory.
Buon Appetito.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)