Moje zielone risotto najlepiej komponuje się z białym wytrawnym winem, zwłaszcza że sporą jego porcję dodaję podczas gotowania. Dzięki temu smak jest bardziej wyrazisty i nie muszę dodawać zbyt wielu przypraw.
Potrzebujemy:
2 łyżki masła
1 szklankę białego długoziarnistego ryżu
2 szklanki wody
2 szklanki wytrawnego białego wina
0.5 szklanki mleka (2%)
1 dużą cukinię pokrojoną w małą kostkę
czerwoną ostrą paprykę
gałkę muszkatołową
natkę pietruszki (może być świeża)
sól, pieprz
Zaczynamy:
Na patelni rozgrzewam masło i wrzucam ryż. Czekam aż wchłonie tłuszcz i lekko zmieni kolor. Wtedy dolewam wodę, solę ją i lekko mieszam. Po kilku chwilach dodaję białe wino. Kiedy ryż zgęstnieje powoli wlewam mleko cały czas mieszając. Mleko nadaje przyjemną, bardziej kleistą konsystencję, bo pamiętajmy, że risotto musi być dosyć gęste. Dodaję pieprz i jeśli jest potrzeba również sól. Wrzucam pokrojoną cukinię i duszę wszystko razem dodając ewentualnie jeszcze odrobinę wina. Dodaję ostrą paprykę, gałkę i pietruszkę.
Risotto zdejmuję z ognia kiedy jeszcze jest w nim odrobinka wody. Po chwili i tak za chwilę wyparuje a ja mam dzięki temu idealną, lekko papkowatą konsystencję.
Buon apetito :)
niedziela, 6 lipca 2014
piątek, 4 lipca 2014
Pozytywne myślenie na urlopie
Sezon urlopowy w pełni, to i ja się wypowiem. Kopnął mnie zaszczyt i mogłam w końcu odebrać swoje wolne, całe 3 dni. Czym prędzej więc zabukowałam bilety do Sewilli, udało się w miarę tanio od 25 do 29 czerwca. Lecąc przez Bergamo a z powrotem przez Charleroi mój urlop, chodź krótki zapowiadał się bajkowo. Rodzinne lunche, wylegiwanie na plaży, spotkania ze znajomymi, wieczory nad basenem, życie jak w Madrycie ( a właściwie to nawet lepsze, bo słyszałam, że w tym czasie w Madrycie padało).
No i się zaczęło. Środa rano, pobudka o 4, na lotnisku stawiłam się regulaminowo 40 min przed odlotem. Wiem, że na przesiadkę w Bergamo mam niewiele czasu bo około godziny. Nie zrobię więc zakupów, ale przebiec z Wizzair do Ryanair na lotnisku, które znam jak własną kieszeń to żaden problem. Lecimy, jest ładnie, słucham Enter Sandman na zmianę z "Krótką" (wpis sponsorowany przez Bielańsko - Ursowski zespół, którego nazwa jest wielką tajemnicą, ale płacą mi grubą kasę w ratach 25 letnich).
Trochę trzęsie, ale nic to, już nie dygam się przy każdej turbulencji. Trzęsie trochę bardziej, za oknem śnieżno-biało. Zastanawiam się czy nie pomyliłam lotów (zdarza mi się pomylić pociągi to czemu nie samolot) i nie znajdujemy się właśnie nad jakąś Syberią. W następnej kolejności przychodzi myśl, że chyba bardzo uciążliwie jest pilotowanie samolotu przy zerowej widoczności, ale ufam naszym pilotom nawet jeśli latają dla Węgierskiego naciągacza. Znowu bagatelizuję sprawę. Nagle za oknem się rozjaśnia, chmury znikają za to pojawiają się kolejne samoloty, nad nami, pod nami, trzy obok... Zastanawiam się od kiedy Bergamo zrobiło się tak popularne, że samoloty czekają w kolejce na lądowanie. Moje roztropne rozważania rozwiewa pilot z komunikatem, że gwałtowna burza nad Bergamo uniemożliwia lądowanie, w związku z czym lecimy na zapasowe lotnisko w Veronie. Na pokładzie słychać pomruk niezadowolenia, jeszcze do zniesienia, chyba po prostu mu nie uwierzyli. Kiedy za oknem widzimy całkowite równiny, a nad nami świeci słońce, pozostali podróżni zaczynają rozumieć, że to nie był sucharowy żart kapitana. Lądujemy w Veronie.
Myślę sobie: "o ja pierdolę" i w ocenzurowanej wersji dzielę się przemyśleniem z towarzyszką podróży po mej lewej. Ona również cieszy się niezmiernie, bo przecież ma wyjątkową okazję zawitania do Verony. Rzucamy się do telefonów, sieci się blokują, nie można złapać netu, ani nawet powietrza. Załoga miło oświadcza, że przewiezie nas busem z Verony do Bergamo, co zajmie ok 1,5 godziny. Trochę mnie to martwi, bo mój lot do Sewilli (ciągle wierzę, że go złapię) wystartuje za 40 minut. Nic to. Grzecznie czekam po tym jak stewardessa informuje mnie, że lotnisko w Bergamo jest zamknięte, nic tam nie ląduje ale też nic nie startuje. Czekamy.
Po kilku minutach kapitan informuje nas, że po zatankowaniu możemy wracać do Bergamo. Uff. Ale przecież nie może być tak pięknie. Niektórzy się buntują. Zdążyli już sprawdzić, że w Veronie też jest fajnie, więc właściwie mogą zostać. Załoga postanawia ich zostawić. Musimy więc czekać aż zrobią listę, wypakują ich bagaże... . Czekam cierpliwie. W Warszawie Starsza już szuka mi kolejnego połączenia, Sewilla już wie, żeby mnie nie odbierać z lotniska o wcześniej ustalonym czasie.
Przyswajam do wiadomości, że wyżej dupy nie podskoczę, o czym informuję sąsiadkę. Wyraża zbliżoną opinię. Czekamy dalej. Startujemy. W samolocie jest maksymalnie 15 pasażerów. Wiele osób spanikowało i po prostu nie chciało wracać przez burzę do Bergamo. Trzęsie niemiłosiernie, to już nie turbulencje. Czuję jak przechylamy się w każdą możliwą stronę, trochę się zniżamy, za chwilę podnosimy. Dookoła słyszę odgłosy przypominające te z późnych sobotnich godzin w klubowej toalecie. Steward grzecznie informuje pasażera za mną, w jaki sposób otwiera się drzwi awaryjne a następnie prosi wszystkich o schowanie głowy między rękami. Za oknem tylko błyski i tak 15 minut. Ostatecznie lądujemy. Mam ochotę nie tylko klaskać kapitanowi, ale go wręcz wyściskać. Nikt nie czeka na wyłączenie sygnalizacji. Rzucamy się do wyjścia. Błyskawicznie zapominam o tym jak przed chwilą mogłam zginąć. Chcę jeszcze spróbować złapać mój samolot. Jeszcze z autobusu dzwonię do Sewilli, która rozwiewa moje wątpliwości. Mój samolot od 15 minut jest w powietrzu. W haleńce odlotów kolejka do reklamacji jest tak długa, że... to chrzanię. Starsza informuje mnie, że lot do Sewilli mam z Linate, drugiego Mediolańskiego lotniska, ale wiem, że nie zdążę tam dojechać w 1,5 godziny. Szukam miejsca na naładowanie prawie rozładowanego telefonu. Włosi są tak mili, że sami prowadzą mnie do kontaktu. Dzwonek nie przestaje dzwonić. Zamawiam panino i spritza i zaczynam chłonąć wyluzowaną atmosferę Włoch. Miło tak siedzieć na lotnisku, na którym spędziło się wcześniej tyle czasu, odbierało się wiele osób, zawoziło, tłumaczyło gdzie iść i o co pytać. Jest lepiej.
Już wiem, że mój lot będzie następnego dnia, o 8. Nie mam szans na powrót do Cremony, bo rano, biorąc pod uwagę rozkład pociągów, nie zdążyłabym na ten lot. Załatwiam jeszcze kilka spraw na lotnisku, magluję dokładnie lotniskową informację o wszystko co może mi się przydać. Przyzwyczaiłam się już do myśli, że będę spać na lotnisku, nawet znalazłam odpowiednią miejscówkę. Jednak Sewilla, bukuje mi już hostel w Bergamo. Po bardzo sugestywnych namowach, kupuję bilet na autobus do miasta. Wysiadając na dworcu już czuję się jak w domu. Zostawiam graty w pokoju i idę w teren. Nie muszę skupiać się na zabytkach, bo je już dobrze znam. Siadam w ulubionej knajpce, zamawiam kolejnego spritza i babeczkę, zapominam, że dostanę również przekąski. Zajadam moją mini kolację, robię zdjęcia. Mogę w końcu pogadać po włosku. Pogoda jest już piękna, zupełnie nie widać, że jeszcze kilka godzin temu burza doprowadziła do przeciekania dachu lotniska.
I myślę sobie, że ja to mam cholerne szczęście. Trafiłam na Bergamo, pogadałam ze znajomymi, zjadłam ulubione przekąski, przypomniałam sobie jeden z najlepszych okresów w moim życiu, dwoje najlepszych przyjaciół pomogło mi tak, że właściwie nie było się o co martwić. I przestałam już myśleć, że straciłam jeden dzień urlopu. Zyskałam dodatkową atrakcję. Problem został rozwiązany i przekuty w korzyści. Ktoś może nazwać to naiwnością, dla mnie to pozytywne nastawienie.
No i się zaczęło. Środa rano, pobudka o 4, na lotnisku stawiłam się regulaminowo 40 min przed odlotem. Wiem, że na przesiadkę w Bergamo mam niewiele czasu bo około godziny. Nie zrobię więc zakupów, ale przebiec z Wizzair do Ryanair na lotnisku, które znam jak własną kieszeń to żaden problem. Lecimy, jest ładnie, słucham Enter Sandman na zmianę z "Krótką" (wpis sponsorowany przez Bielańsko - Ursowski zespół, którego nazwa jest wielką tajemnicą, ale płacą mi grubą kasę w ratach 25 letnich).
Trochę trzęsie, ale nic to, już nie dygam się przy każdej turbulencji. Trzęsie trochę bardziej, za oknem śnieżno-biało. Zastanawiam się czy nie pomyliłam lotów (zdarza mi się pomylić pociągi to czemu nie samolot) i nie znajdujemy się właśnie nad jakąś Syberią. W następnej kolejności przychodzi myśl, że chyba bardzo uciążliwie jest pilotowanie samolotu przy zerowej widoczności, ale ufam naszym pilotom nawet jeśli latają dla Węgierskiego naciągacza. Znowu bagatelizuję sprawę. Nagle za oknem się rozjaśnia, chmury znikają za to pojawiają się kolejne samoloty, nad nami, pod nami, trzy obok... Zastanawiam się od kiedy Bergamo zrobiło się tak popularne, że samoloty czekają w kolejce na lądowanie. Moje roztropne rozważania rozwiewa pilot z komunikatem, że gwałtowna burza nad Bergamo uniemożliwia lądowanie, w związku z czym lecimy na zapasowe lotnisko w Veronie. Na pokładzie słychać pomruk niezadowolenia, jeszcze do zniesienia, chyba po prostu mu nie uwierzyli. Kiedy za oknem widzimy całkowite równiny, a nad nami świeci słońce, pozostali podróżni zaczynają rozumieć, że to nie był sucharowy żart kapitana. Lądujemy w Veronie.
Myślę sobie: "o ja pierdolę" i w ocenzurowanej wersji dzielę się przemyśleniem z towarzyszką podróży po mej lewej. Ona również cieszy się niezmiernie, bo przecież ma wyjątkową okazję zawitania do Verony. Rzucamy się do telefonów, sieci się blokują, nie można złapać netu, ani nawet powietrza. Załoga miło oświadcza, że przewiezie nas busem z Verony do Bergamo, co zajmie ok 1,5 godziny. Trochę mnie to martwi, bo mój lot do Sewilli (ciągle wierzę, że go złapię) wystartuje za 40 minut. Nic to. Grzecznie czekam po tym jak stewardessa informuje mnie, że lotnisko w Bergamo jest zamknięte, nic tam nie ląduje ale też nic nie startuje. Czekamy.
Po kilku minutach kapitan informuje nas, że po zatankowaniu możemy wracać do Bergamo. Uff. Ale przecież nie może być tak pięknie. Niektórzy się buntują. Zdążyli już sprawdzić, że w Veronie też jest fajnie, więc właściwie mogą zostać. Załoga postanawia ich zostawić. Musimy więc czekać aż zrobią listę, wypakują ich bagaże... . Czekam cierpliwie. W Warszawie Starsza już szuka mi kolejnego połączenia, Sewilla już wie, żeby mnie nie odbierać z lotniska o wcześniej ustalonym czasie.
Przyswajam do wiadomości, że wyżej dupy nie podskoczę, o czym informuję sąsiadkę. Wyraża zbliżoną opinię. Czekamy dalej. Startujemy. W samolocie jest maksymalnie 15 pasażerów. Wiele osób spanikowało i po prostu nie chciało wracać przez burzę do Bergamo. Trzęsie niemiłosiernie, to już nie turbulencje. Czuję jak przechylamy się w każdą możliwą stronę, trochę się zniżamy, za chwilę podnosimy. Dookoła słyszę odgłosy przypominające te z późnych sobotnich godzin w klubowej toalecie. Steward grzecznie informuje pasażera za mną, w jaki sposób otwiera się drzwi awaryjne a następnie prosi wszystkich o schowanie głowy między rękami. Za oknem tylko błyski i tak 15 minut. Ostatecznie lądujemy. Mam ochotę nie tylko klaskać kapitanowi, ale go wręcz wyściskać. Nikt nie czeka na wyłączenie sygnalizacji. Rzucamy się do wyjścia. Błyskawicznie zapominam o tym jak przed chwilą mogłam zginąć. Chcę jeszcze spróbować złapać mój samolot. Jeszcze z autobusu dzwonię do Sewilli, która rozwiewa moje wątpliwości. Mój samolot od 15 minut jest w powietrzu. W haleńce odlotów kolejka do reklamacji jest tak długa, że... to chrzanię. Starsza informuje mnie, że lot do Sewilli mam z Linate, drugiego Mediolańskiego lotniska, ale wiem, że nie zdążę tam dojechać w 1,5 godziny. Szukam miejsca na naładowanie prawie rozładowanego telefonu. Włosi są tak mili, że sami prowadzą mnie do kontaktu. Dzwonek nie przestaje dzwonić. Zamawiam panino i spritza i zaczynam chłonąć wyluzowaną atmosferę Włoch. Miło tak siedzieć na lotnisku, na którym spędziło się wcześniej tyle czasu, odbierało się wiele osób, zawoziło, tłumaczyło gdzie iść i o co pytać. Jest lepiej.
Już wiem, że mój lot będzie następnego dnia, o 8. Nie mam szans na powrót do Cremony, bo rano, biorąc pod uwagę rozkład pociągów, nie zdążyłabym na ten lot. Załatwiam jeszcze kilka spraw na lotnisku, magluję dokładnie lotniskową informację o wszystko co może mi się przydać. Przyzwyczaiłam się już do myśli, że będę spać na lotnisku, nawet znalazłam odpowiednią miejscówkę. Jednak Sewilla, bukuje mi już hostel w Bergamo. Po bardzo sugestywnych namowach, kupuję bilet na autobus do miasta. Wysiadając na dworcu już czuję się jak w domu. Zostawiam graty w pokoju i idę w teren. Nie muszę skupiać się na zabytkach, bo je już dobrze znam. Siadam w ulubionej knajpce, zamawiam kolejnego spritza i babeczkę, zapominam, że dostanę również przekąski. Zajadam moją mini kolację, robię zdjęcia. Mogę w końcu pogadać po włosku. Pogoda jest już piękna, zupełnie nie widać, że jeszcze kilka godzin temu burza doprowadziła do przeciekania dachu lotniska.
I myślę sobie, że ja to mam cholerne szczęście. Trafiłam na Bergamo, pogadałam ze znajomymi, zjadłam ulubione przekąski, przypomniałam sobie jeden z najlepszych okresów w moim życiu, dwoje najlepszych przyjaciół pomogło mi tak, że właściwie nie było się o co martwić. I przestałam już myśleć, że straciłam jeden dzień urlopu. Zyskałam dodatkową atrakcję. Problem został rozwiązany i przekuty w korzyści. Ktoś może nazwać to naiwnością, dla mnie to pozytywne nastawienie.
czwartek, 3 lipca 2014
Jak się zrelaksować przy 38°C w cieniu?
Podczas kolejnej wizyty w Sewilli miałam okazję na własnej skórze przekonać się o zasadności wprowadzania siesty. Ze względu na zabójcze temperatury, praca, a właściwie jakikolwiek wysiłek intelektualny lub fizyczny jest niemożliwy między godziną 12 i 16. Później właściwie też, ale chyba nawet Hiszpanie stwierdzili, że z kryzysu nigdy nie wyjdą jeśli będą pracować tylko w godzinach zmniejszonego nasłonecznienia.
Takie upały można przetrwać na dwa sposoby. Po pierwsze można zaszyć się w domu zamknąć okiennice i jeść lub spać, albo skorzystać z wszechobecnych basenów. 3/4 bloków w Sewilli na dachu posiada basen dla mieszkańców. Nie świadczy to wcale o ekskluzywności miejsca, to po prostu niezbędne minimum. Nawet jeśli basen jest niewielki i w najgłębszym miejscu ma zaledwie 1m, często jest jedynym miejscem gdzie w tygodniu, pracujący Hiszpanie mogą odpocząć od skwaru.
Ja nie miałam tego problemu, byłam przecież na wakacjach. Pojechaliśmy więc do Mazagon na boską plażę Rompeculos. Godzina drogi od Sewilli. Na samej plaży żywego ducha w lewo i w prawo w odległości 200 m od nas.
A na basenie było tak:
Wróciliśmy do Sewilli późnym popołudniem, na małe, mięsne co nieco. Nazw nie pamiętam, nie byłam w stanie ich nawet powtórzyć. Ale nie tracę nadziei, że kiedyś nauczę się powtarzać hiszpańskie nazwy.
A jeśli nie plaża, jeśli szczycisz się tym, że do plażowania masz nastawienie skrajnie negatywne, jeśli na każdym kroku powtarzasz że leżenie plackiem na piasku jest dla lam, jeśli z politowaniem patrzysz na ludzi wcierających olejki z filtrem SPF 15... możesz zobaczyć w Sewilli potencjalny plan zdjęciowy dla 5-ego sezonu Game of Thrones ( po szczegóły klikaj tu) Alcazar to piękny muzułmański pałac a raczej kompleks pałacowy z ogrodowymi labiryntami pełnymi palm i fontann wypełnionych po brzegi żarłocznymi karpiami (btw: ciekawe, czy ten motyw zostanie wykorzystany, jakoś.... )
Moja historia nie ma puenty bo nie mam na nią pomysłu. Podróż do Hiszpanii była dla mnie tak stresująca (opiszę w kolejnym wpisie na temat siły pozytywnego myślenia), że po prostu chciałam pokazać te zdjęcia i wywołać trochę zazdrości. Udało się?
Takie upały można przetrwać na dwa sposoby. Po pierwsze można zaszyć się w domu zamknąć okiennice i jeść lub spać, albo skorzystać z wszechobecnych basenów. 3/4 bloków w Sewilli na dachu posiada basen dla mieszkańców. Nie świadczy to wcale o ekskluzywności miejsca, to po prostu niezbędne minimum. Nawet jeśli basen jest niewielki i w najgłębszym miejscu ma zaledwie 1m, często jest jedynym miejscem gdzie w tygodniu, pracujący Hiszpanie mogą odpocząć od skwaru.
Ja nie miałam tego problemu, byłam przecież na wakacjach. Pojechaliśmy więc do Mazagon na boską plażę Rompeculos. Godzina drogi od Sewilli. Na samej plaży żywego ducha w lewo i w prawo w odległości 200 m od nas.
| Pasuje do niebieskiej kolorystyki. |
A na basenie było tak:
Wróciliśmy do Sewilli późnym popołudniem, na małe, mięsne co nieco. Nazw nie pamiętam, nie byłam w stanie ich nawet powtórzyć. Ale nie tracę nadziei, że kiedyś nauczę się powtarzać hiszpańskie nazwy.
| A w zestawie wyglądało to tak. Bardzo po polsku. |
Moja historia nie ma puenty bo nie mam na nią pomysłu. Podróż do Hiszpanii była dla mnie tak stresująca (opiszę w kolejnym wpisie na temat siły pozytywnego myślenia), że po prostu chciałam pokazać te zdjęcia i wywołać trochę zazdrości. Udało się?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)