wtorek, 20 sierpnia 2013

Via Francigena

"A co powiesz na trip po Toskanii na rowerach?" powiedział mi w końcu przyjaciel, po tym jak od dwóch tygodni wierciłam mu dziurę w brzuchu o wyprawę na Sieneńskie Palio. Czytał mi w myślach, choć pewnie sama nie zdecydowałabym się na to nigdy. Prawda jest jednak taka, że od zawsze marzyłam o takiej wyprawie. Zobaczyć to wszystko co niedostępne dla pociągu i samochodu. Poczuć ten boski winny klimat. Nawet się nie zastanawiałam. Na początku celem było Palio, potem szybko wyprawa zamieniła się w szkołę przetrwania dla wybitnie niewprawionych. Byliśmy w totalnej czarnej przestrzeni między nogami, kiedy z miejskimi rowerami, z podziurawionymi oponami, kontuzją kolana, zerwanym łańcuchem, zerową liczbą map i Kinder Bueno w liczbe 2 w plecaku, wylądowaliśmy na toskańskim odludziu. Nie wyobrażam sobie by był lepszy sposób na poznanie Toskanii. Tak, POZNANIE, nie zobaczenie. Bo nie chodzi o zaliczenie kolejnych miasteczek, cyknięcie foty pod tryliardową kapliczką i zżarcie kawałka pizzy (co tak btw. totalnie nie pasuje do toskańskiej kuchni, bo w tym regionie jedzą przede wszystkim mięso). Toskanii trzeba smakować w nieco inny sposób. 

Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy rowerową trasą Via Francigena. To historyczny szlak komunikacyjny, którym Frankowie wędorwali przez Europę by dotrzeć do grobu św. Piotra. Ale nie będę truć o historii, bo od tego jest wikipedia. 










Etap San Miniato - San Gemignano to zdecydowanie najpiękniejszy krajobrazowo etap wyprawy. Taką Toskanię znam z książek. 



Zaczęliśmy w San Miniato. Urocze, niewielkie miasteczko na wzgórzu, w którym musieliśmy dokonać pierwszych napraw rowerów. Po raz kolejny przekonałam się, że Włosi to cholernie uczynny naród. Potem było San Gemignano, które nauczyło nas by nigdy nie wierzyć włoskim wyliczeniom kilometrów. Z 30 lekkich do przejechania, nie stąd ni zowąd zrobiło się 50 z czego 40 pod górę. Do miasta dotarliśmy grubo po pierwszej w nocy, więc zwiedzanie zaczęliśmy dopiero nad ranem, dokładnie w Ferragosto czyli włoską majówkę. Szans na odpoczynek - brak, szans na naprawę rowerów  - nie było, szans na ciche miejsce bez turystów - mniej niż zero. Postanowiliśmy więc przynajmniej nie szarpać sobie nerwów i jak najszybciej opuścić ten urokliwy, ale jakże zatłoczony przybytek weekendowo - turystycznej rozpusty. 




Podoba mi się włoskie podejście. Zamiast zostawiać zwierzaki znajomym, lub przywiązywać je w lesie, gromadnie zabierają je ze sobą wszędzie, jak członków rodziny. 

San Gemignano


San Gemignano

Następnym przystankiem było Monterigione. Zamek - twierdza na szczycie wzgórza robił ogromne wrażenie. Z bliska równie piękny co mały. Z jedną uliczką i małym placem, nie ma sensu zostawać tam dłużej niż jeden dzień. Rano spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy do punktu docelowego - Sieny. Wzgórzami, lasami, polami... wydostanie się z nich zajęło nam nieco więcej czasu niż przewidują przewodniki. Na szczęście na pamiątkę mamy pocharatane kończyny i kolejne braki w rowerach. 


Fajnie jest zrobić sobie swoją własną pocztówkę. 

Monteriggione


Monteriggione - Castello - 5 restauracji, 1 bar i 1 hotel. Zastanawiam się nad biznesem zapiekankowym w tym miejscu. 




To zdjęcie dokumentuje naszą determinację w dotarciu do Sieny na czas. Droga do której trzeba dotrzeć na horyzoncie. Droga którą trzeba tam dotrzeć nie istnieje. Zastosowaliśmy więc metodę "na skróty".

Na koniec Siena. Palio. Napięcie. Oczekiwanie. Adrenalina... . Trzy minut gonitwy... i tyle. Nie ważne. Ekscytowałam się ich ekscytacją jak dziecko. Kiedy jest się na miejscu nie sposób nie zarazić się tym napięciem. W jednej chwili całe racjonalne podejście, przewidywania, obstawiania i szacowania, szlag trafia, gdy słyszysz huk startu. Na Palio wrócę za rok, a może lepiej powiedzieć "zostaję do następnego razu".


Flagi wszystkich 17 dzielnic. Kibicowałam Istrice - jeżozwierz. . 




Palio to taki czas kiedy w Sienie nie uświadczysz nawet wolnego krawężnika na dworcu. Jeśli więc tak roztropnie jak ja szukasz noclegu na ostatnią chwilę nie zdziw się jeśli najbliższy znajdziesz 20 km od miasta. Ja znalazłam Casa Lucia w Corsignano. Niewielki hotelik z przydomową winnicą zrobił na nas ogromne wrażenie. Postanowiłam więc zrobić sobie wolne od dokumentowania wszystkiego i zostawiłam aparat w pokoju, kiedy szliśmy degustować Chianti. 





Z plantacji wróciliśmy do miasta. Ze Sieny pociągiem (nasze rowery nie nadawały się nawet do podtrzymywania filarów na dworcu) ruszyliśmy do Pizy a stamtąd do Lucci. Piza jakoś nigdy nie była w kręgu moich zainteresowań, ale szkoda było nie wykorzystać prawie 3 godzinnej przerwy przesiadkowej. Zobaczyliśmy co najważniejsze - kretyńskich turystów jarających się wyimaginowanym podtrzymywaniem wieży. Taka zabawa, że boki zrywać. Potem była Lucca. Pierwsze miasto w dolinie na naszej trasie i doskonałe zakończenie podróży.






Ploteczki pod krzywą wieżą. 


Ciekawe czy oni wiedzą jak debilnie wyglądają. 




Śniadanie na placu - to jest to. 


W Lucce załapaliśmy się na pchli targ. Poważnie myślę o zgarnięciu stamtąd kilku rzeczy do mieszkania. 





5 dni na Toskanię to zaledwie liźnięcie. Wrócę, bo jest jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia, chwil do przeżycia i rowerów do zniszczenia. Niestety zostało mi tylko jedno sprawne kolano, ale damy radę :)



wtorek, 13 sierpnia 2013

Wenecja pracująca

Nawet nie wiecie jak trudno robi się selekcję zdjęć z takiego miasta jak Wenecja. Najchętniej wrzuciłabym wszystkie, ale... bez przesady, zostawię coś tylko dla siebie. Początkowo planowałam dokończyć relację z Wenecji po powrocie z kraju Chianti, ale właściwie nie ma co zwlekać. 

Przed wyjazdem, kiedy opowiadałam gdzie wybieram się na urlop wszyscy zgodnie powtarzali: "Wenecja, pięknie, ale zamęczysz się z tymi turystami, są nie do zniesienia". Ale ja nie dałam się zastraszyć. Wiedziałam, że może być ciężko, ale z mojego poprzedniego pobytu w Wenecji, 18 lat temu, pamiętam tylko gołębie gówno na nowiutkiej kurtce, dlatego postanowiłam za/etrzeć złe wrażenie i wykombinować coś by obalić mit turystycznego horroru w Wenecji. 
Plan był prosty, omijać tłumy. Nie zależało mi na zwiedzaniu muzeów, zaliczaniu tysięcy kościółków i kupowaniu masek. Chciałam poznać fajniejszą wersję miasta, taką normalną, w której żyją normalni ludzie, którzy nie znoszą Piazza San Marco, w dupie mają jakieś maski i nie jarają się przejażdżką królewską gondolą za 60 euro per łeb. 
Kiedy przedstawiłam plan mojemu towarzyszowi, mieszkającemu tam już od kilku miesięcy, od razu wiedziałam, że to będzie udany urlop. Fotograf z zawodu i przede wszystkim z zamiłowania, był zachwycony wizją sesji podczas zachodów i wschodów, jedzenia pranzo w ślepym zaułku wpadającym do kanału i robienia spritza na wynos. I tak oto nasz idealnie zgrany team wyruszył na zwiedzanie miasta. 

Mieszkaliśmy w Mestre, to taka sypialnia Wenecji. W tej części miasta Włosi pracują właśnie tak jak widać. 
To ten machający pan poddał mi pomysł na sesję Wenecjanie Przy Pracy. Jego optymizm i energia o 4.50 rano wzbudziły mój podziw. 
Włoska praca zmianowa: dwóch pracuje, jeden śpi. 


Pierwszy prom turystyczny wypłynął o 5 z kawałkiem. Tłumów raczej nie było. 

Bar Nico. Podaję namiary: Fodamenta Zattere Al Gesuiti w dzielnicy Dorsoduro. Jeśli znajdziecie się tam o 8.30 rano bierzcie czym prędzej czekoladowe croisanty. Wypiekane na miejscu. Ci panowie postanowili, że do pracy nie pójdą, póki swoich brioszy nie dostaną. 

A oni dalej czekają... kto by pomyślał, że włosi są tacy zawzięci. 

Praca nie ucieknie, a poranna lektura gazety owszem....

Jeśli ktoś zastanawia się jak robi się gondole.... to sory ale ja też nie mam bladego pojęcia. Dowiedziałam się tylko, że to bardzo zamknięta grupa rzemieślników i bardzo trudno dostać się do nich bez znajomości. 

Ale i tak miło patrzyło się na niego przy pracy :)

Dostawcy jedzenia do restauracji i produktów do hoteli zaczynają dzień nieco później, bo o 8. 

Pani Freelancer

Wenecki fryzjer o 8.30 nieco się nudził. Przeczytał już chyba wszystkie gazety. 

Trudna sztuka omijania gondoli tak, by żadnej nie zarysować. Dało radę, nawet sobie potem gratulowali. 

Parking dla gondoli

Czyściciele gondoli. 

Właściwie to nie wiem co o nich mogłabym napisać. Zdjęcie z Piazza San Marco. Idealnie mi tu pasują. 

8 rano, pusty plac, żywego ducha (bo ci wyżej się nie liczą jak żywi), ale Japończycy zawsze w natarciu. Przewodnik nawet miał siłę na żarcisze. 

Przerwa przed pracą na gazetę, przecież nie można tak od razu... z marszu. 

To już wiemy jak robią te dziwne pale. 

Na początku myślałam, że robię zdjęcia weneckiej dziwce, bo widziałąm jak koleś dawał jej banknot, a ona włożyła go sobie za stanik. Makijaż i ubranie również wskazywały. Potem, niestety zamiast się rozbierać, zaczęła wkładać ten dziwny stelarz. Okazało się, że była chodzącą reklamą restauracji. 

Pan miał trudne zadnia bo turyści zaczęli wylegać na ulice i oczywiście żaden z nich nie raczył ustąpić mu miejsca. 





No i fotograf przy pracy. Pełne poświęcenie. 

A po tym całym dniu dokumentowania Weneckiego życia czas na spritza i prosecco.