sobota, 18 stycznia 2014

Gran(de) Torino

Włoski pobyt jest już na finiszu, dlatego postanowiłam zacząć nadrabiać wyjazdowe zaległości. Na liście moich absolutnych must-see zostały już tylko dwa miasta. Jednym z nich był Turyn. Spędziłam w nim leniwą niedzielę i muszę przyznać, że to jedno z najfajniejszych miast, które odwiedziłam we Włoszech. "Najfajniejsze" to bardzo odpowiednie określenie. Turyn nie jest ani szczególnie piękny, ani ekscytujący, nie ma tak imponujących zabytków jak Rzym, architekturą nie powala jak Wenecja i daleko mu do florenckiej sztuki. Ale mimo wszystko ma w sobie to coś, przez co w jednej chwili stał mi się bardzo bliski. 




W Turynie wszystko wydaje się ogromne, każdy budynek to istny gigant, ale miasto wcale nie przytłacza. Może przez cudowną pogodę miałam wrażenie, że Turyn jest wyjątkowo radosnym miejscem. 








Jeśli miałabym wymieć jakieś wady Turynu, z pewnością powiedziałabym "kupy". Psie bobki, większe i mniejsze, są dosłownie wszędzie. Wynika to przede wszystkim z tego, że Turyn, jako miasto przede wszystkim przemysłowe, nie inwestuje za bardzo w zieleń. Jeśli więc się wybierasz w te rejony, patrz pod nogi!!!!









Przez miasto przepływają trzy rzeki: Stura di Lanzo, Sangone i Po, więc miejsc na aktywny wypoczynek nie brakuje. Okolice rzek, to też jedyne zielone tereny miasta. Nie każde miasto wygląda tak ładnie zimą, bez liści, kolorów, ludzi na ulicach. Od początku wiedziałam, że to północne miasto chce zobaczyć zimą i nie pomyliłam się.




Jedną z najbardziej charakterystycznych cech Turynu jest prostopadła sieć dróg. Niby nic wielkiego, ale w połączeniu z otwartą przestrzenią szerokich ulic, efekt jest taki, że można przejrzeć całe miasto "na wylot".




Momentami miasto wygląda jak z innej epoki. Śmiało można tu kręcić ujęcia z okresu międzywojnia. Widzę te damy w długich sukniach, eleganckich kapeluszach i parasolkach w dłoni. Niepowtarzalny klimat. 


wtorek, 14 stycznia 2014

Ryba po bolońsku

Bolonię odwiedzam często bo to po Mediolanie najbliższe Cremonie miejsce gdzie mogę załapać się na lot w normalnej cenie. Problem z Bolonią polega jednak na tym, że choć trasę dworzec - lotnisko i z powrotem robiłam już kilkanaście razy, wciąż nie mam czasu na dokładniejsze spenetrowania zakamarków miasta. Tylko raz, kilka tygodni temu, udało mi się wybrać na pobieżny rekonesans, kiedy to niepomna ostrzeżeń tubylców, postanowiłam zaufać włoskiemu rozkładowi jazdy pociągów. 

W Bolonii spędziłam ledwie 4 godziny, ale miasto zafascynowało mnie na tyle, że z pewnością wrócę tam w najbliższym czasie... na dłużej oczywiście. 
Kiedy zaczęłam przeglądać zdjęcia żeby wybrać kilka na bloga, okazało się, że na 3/4. z nich jest jedzenie. Zupełnie nieświadomie. Przepraszam więc, jeśli ktoś spodziewał się zapierających dech zdjęć architektury, studenckich barów i stylowych samochodów. Póki co Bolonia pachnie rybą....














poniedziałek, 13 stycznia 2014

Szpinak z orzeszkami pinii

Potrzebujemy (dla 2 osób):
paczkę mrożonego rozdrobnionego szpinaku
6 suszonych pomidorów
dwie łyżeczki kaparów
ząbek czosnku
łyżka startego sera pecorino
garść orzeszków pinii
łyżka oliwy z oliwek
słodka papryka w proszku
sól, pieprz

Zaczynamy
Na rozgrzaną oliwę wrzucam posiekany czosnek i dodaję szpinak. Kiedy jest już miękki dodaję kapary i pokrojone pomidory. Przykrywam i duszę kilka minut. Dodaję przyprawy i starty ser. Przekładam do misek i posypuję orzeszkami pinii. 



Buon Apetito.