wtorek, 13 sierpnia 2013

Wenecja pracująca

Nawet nie wiecie jak trudno robi się selekcję zdjęć z takiego miasta jak Wenecja. Najchętniej wrzuciłabym wszystkie, ale... bez przesady, zostawię coś tylko dla siebie. Początkowo planowałam dokończyć relację z Wenecji po powrocie z kraju Chianti, ale właściwie nie ma co zwlekać. 

Przed wyjazdem, kiedy opowiadałam gdzie wybieram się na urlop wszyscy zgodnie powtarzali: "Wenecja, pięknie, ale zamęczysz się z tymi turystami, są nie do zniesienia". Ale ja nie dałam się zastraszyć. Wiedziałam, że może być ciężko, ale z mojego poprzedniego pobytu w Wenecji, 18 lat temu, pamiętam tylko gołębie gówno na nowiutkiej kurtce, dlatego postanowiłam za/etrzeć złe wrażenie i wykombinować coś by obalić mit turystycznego horroru w Wenecji. 
Plan był prosty, omijać tłumy. Nie zależało mi na zwiedzaniu muzeów, zaliczaniu tysięcy kościółków i kupowaniu masek. Chciałam poznać fajniejszą wersję miasta, taką normalną, w której żyją normalni ludzie, którzy nie znoszą Piazza San Marco, w dupie mają jakieś maski i nie jarają się przejażdżką królewską gondolą za 60 euro per łeb. 
Kiedy przedstawiłam plan mojemu towarzyszowi, mieszkającemu tam już od kilku miesięcy, od razu wiedziałam, że to będzie udany urlop. Fotograf z zawodu i przede wszystkim z zamiłowania, był zachwycony wizją sesji podczas zachodów i wschodów, jedzenia pranzo w ślepym zaułku wpadającym do kanału i robienia spritza na wynos. I tak oto nasz idealnie zgrany team wyruszył na zwiedzanie miasta. 

Mieszkaliśmy w Mestre, to taka sypialnia Wenecji. W tej części miasta Włosi pracują właśnie tak jak widać. 
To ten machający pan poddał mi pomysł na sesję Wenecjanie Przy Pracy. Jego optymizm i energia o 4.50 rano wzbudziły mój podziw. 
Włoska praca zmianowa: dwóch pracuje, jeden śpi. 


Pierwszy prom turystyczny wypłynął o 5 z kawałkiem. Tłumów raczej nie było. 

Bar Nico. Podaję namiary: Fodamenta Zattere Al Gesuiti w dzielnicy Dorsoduro. Jeśli znajdziecie się tam o 8.30 rano bierzcie czym prędzej czekoladowe croisanty. Wypiekane na miejscu. Ci panowie postanowili, że do pracy nie pójdą, póki swoich brioszy nie dostaną. 

A oni dalej czekają... kto by pomyślał, że włosi są tacy zawzięci. 

Praca nie ucieknie, a poranna lektura gazety owszem....

Jeśli ktoś zastanawia się jak robi się gondole.... to sory ale ja też nie mam bladego pojęcia. Dowiedziałam się tylko, że to bardzo zamknięta grupa rzemieślników i bardzo trudno dostać się do nich bez znajomości. 

Ale i tak miło patrzyło się na niego przy pracy :)

Dostawcy jedzenia do restauracji i produktów do hoteli zaczynają dzień nieco później, bo o 8. 

Pani Freelancer

Wenecki fryzjer o 8.30 nieco się nudził. Przeczytał już chyba wszystkie gazety. 

Trudna sztuka omijania gondoli tak, by żadnej nie zarysować. Dało radę, nawet sobie potem gratulowali. 

Parking dla gondoli

Czyściciele gondoli. 

Właściwie to nie wiem co o nich mogłabym napisać. Zdjęcie z Piazza San Marco. Idealnie mi tu pasują. 

8 rano, pusty plac, żywego ducha (bo ci wyżej się nie liczą jak żywi), ale Japończycy zawsze w natarciu. Przewodnik nawet miał siłę na żarcisze. 

Przerwa przed pracą na gazetę, przecież nie można tak od razu... z marszu. 

To już wiemy jak robią te dziwne pale. 

Na początku myślałam, że robię zdjęcia weneckiej dziwce, bo widziałąm jak koleś dawał jej banknot, a ona włożyła go sobie za stanik. Makijaż i ubranie również wskazywały. Potem, niestety zamiast się rozbierać, zaczęła wkładać ten dziwny stelarz. Okazało się, że była chodzącą reklamą restauracji. 

Pan miał trudne zadnia bo turyści zaczęli wylegać na ulice i oczywiście żaden z nich nie raczył ustąpić mu miejsca. 





No i fotograf przy pracy. Pełne poświęcenie. 

A po tym całym dniu dokumentowania Weneckiego życia czas na spritza i prosecco.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz