piątek, 4 lipca 2014

Pozytywne myślenie na urlopie

Sezon urlopowy w pełni, to i ja się wypowiem. Kopnął mnie zaszczyt i mogłam w końcu odebrać swoje wolne, całe 3 dni. Czym prędzej więc zabukowałam bilety do Sewilli, udało się w miarę tanio od 25 do 29 czerwca. Lecąc przez Bergamo a z powrotem przez Charleroi mój urlop, chodź krótki zapowiadał się bajkowo. Rodzinne lunche, wylegiwanie na plaży, spotkania ze znajomymi, wieczory nad basenem, życie jak w Madrycie ( a właściwie to nawet lepsze, bo słyszałam, że w tym czasie w Madrycie padało). 

No i się zaczęło. Środa rano, pobudka o 4, na lotnisku stawiłam się regulaminowo 40 min przed odlotem. Wiem, że na przesiadkę w Bergamo mam niewiele czasu bo około godziny. Nie zrobię więc zakupów, ale przebiec z Wizzair do Ryanair na lotnisku, które znam jak własną kieszeń to żaden problem. Lecimy, jest ładnie, słucham Enter Sandman na zmianę z "Krótką" (wpis sponsorowany przez Bielańsko - Ursowski zespół, którego nazwa jest wielką tajemnicą, ale płacą mi grubą kasę w ratach 25 letnich). 

Trochę trzęsie, ale nic to, już nie dygam się przy każdej turbulencji. Trzęsie trochę bardziej, za oknem śnieżno-biało. Zastanawiam się czy nie pomyliłam lotów (zdarza mi się pomylić pociągi to czemu nie samolot) i nie znajdujemy się właśnie nad jakąś Syberią. W następnej kolejności przychodzi myśl, że chyba bardzo uciążliwie jest pilotowanie samolotu przy zerowej widoczności, ale ufam naszym pilotom nawet jeśli latają dla Węgierskiego naciągacza. Znowu bagatelizuję sprawę. Nagle za oknem się rozjaśnia, chmury znikają za to pojawiają się kolejne samoloty, nad nami, pod nami, trzy obok... Zastanawiam się od kiedy Bergamo zrobiło się tak popularne, że samoloty czekają w kolejce na lądowanie. Moje roztropne rozważania rozwiewa pilot z komunikatem, że gwałtowna burza nad Bergamo uniemożliwia lądowanie, w związku z czym lecimy na zapasowe lotnisko w Veronie. Na pokładzie słychać pomruk niezadowolenia, jeszcze do zniesienia, chyba po prostu mu nie uwierzyli. Kiedy za oknem widzimy całkowite równiny, a nad nami świeci słońce, pozostali podróżni zaczynają rozumieć, że to nie był sucharowy żart kapitana. Lądujemy w Veronie. 

Myślę sobie: "o ja pierdolę" i w ocenzurowanej wersji dzielę się przemyśleniem z towarzyszką podróży po mej lewej. Ona również cieszy się niezmiernie, bo przecież ma wyjątkową okazję zawitania do Verony. Rzucamy się do telefonów, sieci się blokują, nie można złapać netu, ani nawet powietrza. Załoga miło oświadcza, że przewiezie nas busem z Verony do Bergamo, co zajmie ok 1,5 godziny. Trochę mnie to martwi, bo mój lot do Sewilli (ciągle wierzę, że go złapię) wystartuje za 40 minut. Nic to. Grzecznie czekam po tym jak stewardessa informuje mnie, że lotnisko w Bergamo jest zamknięte, nic tam nie ląduje ale też nic nie startuje. Czekamy. 

Po kilku minutach kapitan informuje nas, że po zatankowaniu możemy wracać do Bergamo. Uff. Ale przecież nie może być tak pięknie. Niektórzy się buntują. Zdążyli już sprawdzić, że w Veronie też jest fajnie, więc właściwie mogą zostać. Załoga postanawia ich zostawić. Musimy więc czekać aż zrobią listę, wypakują ich bagaże... . Czekam cierpliwie. W Warszawie Starsza już szuka mi kolejnego połączenia, Sewilla już wie, żeby mnie nie odbierać z lotniska o wcześniej ustalonym czasie. 

Przyswajam do wiadomości, że wyżej dupy nie podskoczę, o czym informuję sąsiadkę. Wyraża zbliżoną opinię. Czekamy dalej. Startujemy. W samolocie jest maksymalnie 15 pasażerów. Wiele osób spanikowało i po prostu nie chciało wracać przez burzę do Bergamo. Trzęsie niemiłosiernie, to już nie turbulencje. Czuję jak przechylamy się w każdą możliwą stronę, trochę się zniżamy, za chwilę podnosimy. Dookoła słyszę odgłosy przypominające te z późnych sobotnich godzin w klubowej toalecie. Steward grzecznie informuje pasażera za mną, w jaki sposób otwiera się drzwi awaryjne a następnie prosi wszystkich o schowanie głowy między rękami. Za oknem tylko błyski i tak 15 minut. Ostatecznie lądujemy. Mam ochotę nie tylko klaskać kapitanowi, ale go wręcz wyściskać. Nikt nie czeka na wyłączenie sygnalizacji. Rzucamy się do wyjścia. Błyskawicznie zapominam o tym jak przed chwilą mogłam zginąć. Chcę jeszcze spróbować złapać mój samolot. Jeszcze z autobusu dzwonię do Sewilli, która rozwiewa moje wątpliwości. Mój samolot od 15 minut jest w powietrzu. W haleńce odlotów kolejka do reklamacji jest tak długa, że... to chrzanię. Starsza informuje mnie, że lot do Sewilli mam z Linate, drugiego Mediolańskiego lotniska, ale wiem, że nie zdążę  tam dojechać w 1,5 godziny. Szukam miejsca na naładowanie prawie rozładowanego telefonu. Włosi są tak mili, że sami prowadzą mnie do kontaktu. Dzwonek nie przestaje dzwonić. Zamawiam panino i spritza i zaczynam chłonąć wyluzowaną atmosferę Włoch. Miło tak siedzieć na lotnisku, na którym spędziło się wcześniej tyle czasu, odbierało się wiele osób, zawoziło, tłumaczyło gdzie iść i o co pytać. Jest lepiej. 

Już wiem, że mój lot będzie następnego dnia, o 8. Nie mam szans na powrót do Cremony, bo rano, biorąc pod uwagę rozkład pociągów, nie zdążyłabym na ten lot. Załatwiam jeszcze kilka spraw na lotnisku, magluję dokładnie lotniskową informację o wszystko co może mi się przydać. Przyzwyczaiłam się już do myśli, że będę spać na lotnisku, nawet znalazłam odpowiednią miejscówkę. Jednak Sewilla, bukuje mi już hostel w Bergamo. Po bardzo sugestywnych namowach, kupuję bilet na autobus do miasta. Wysiadając na dworcu już czuję się jak w domu. Zostawiam graty w pokoju i idę w teren. Nie muszę skupiać się na zabytkach, bo je już dobrze znam. Siadam w ulubionej knajpce, zamawiam kolejnego spritza i babeczkę, zapominam, że dostanę również przekąski. Zajadam moją mini kolację, robię zdjęcia. Mogę w końcu pogadać po włosku. Pogoda jest już piękna, zupełnie nie widać, że jeszcze kilka godzin temu burza doprowadziła do przeciekania dachu lotniska. 








I myślę sobie, że ja to mam cholerne szczęście. Trafiłam na Bergamo, pogadałam ze znajomymi, zjadłam ulubione przekąski, przypomniałam sobie jeden z najlepszych okresów w moim życiu, dwoje najlepszych przyjaciół pomogło mi tak, że właściwie nie było się o co martwić. I przestałam już myśleć, że straciłam jeden dzień urlopu. Zyskałam dodatkową atrakcję. Problem został rozwiązany i przekuty w korzyści. Ktoś może nazwać to naiwnością, dla mnie to pozytywne nastawienie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz