wtorek, 18 czerwca 2013

We're in the jungle baby

Czyli dwa dni w zakorkowanym, trąbiącym i turystycznie oblężonym Rzymie. Właściwie to powinno wystarczyć za całą treść wpisu. Dlatego zamiast się rozwodzić nad oczywistymi oczywistościami ograniczę się do pogłębionych podpisów do zdjęć. Rzym jak zwykle był po prostu boski. Za każdym razem gdy tam przyjeżdżam już na wstępie jest mi źle bo wiem, że będę musiała wyjechać. Dlatego plan na przyszłość jest taki żeby nie wyjeżdżać. Bo to po prostu MOJE MIASTO. Czuję się tu jak ryba w wodzie, jak panda biała w zoo i jak pralinka obok espresso. Zresztą podobny był wydźwięk komplementu od pewnej Włoszki, powiedziała: " Wyglądasz tu tak naturalnie... jak u siebie". Cóż... nie tylko wyglądam, ale tak się też czuję. 






Jeśli zdecydujecie się na lody w Rzymie szukajcie Gelaterii Grom. Mają najlepsze i najbardziej naturalne lody ever. No i oczywiście godne porcje. 



20 minut czekania na pustą ulicę i się udało. 



Skoro mowa o przyszłym mieszkaniu w Rzymie, myślę że z takim apartamentem czułabym się całkiem nieźle. Widok na Piazza Spagna wcale mi nie przeszkadza. 

W ostateczności ograniczę się do czterech kątów gdzieś bliżej Tybru. 





Miało nie być turystycznie, ale się nie da. Włosi nawet mapy robią na odwal się. 

Najpyszniejsze i najdroższe espresso ever (5euro), ale rozumiem, że płacę za widok.






Prosciutto con melone wypadło super, nie tylko na zdjęciu. Ale nadal nie ogarniam, gdzie oni potem mieszczą kolejne 4 posiłki. 

Włoski luz. Garniak Armaniego, buty Prady, okulary Chanel, etui na telefon Bulgari, ale to wszystko nic gdy trzeba odsapnąć w cieniu przy 45 C. (Marki wypatrzyłam, bo przechodziłam obok niego 5 razy -> patrz zdjęcie z mapą)

Jungle

Koleś który je robił uparcie chciał mi się wpierdzielić w zdjęcie. Nie dałam się :)

Smacznego. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz