Dziś dowiedziałam się jak wygląda włosko-ukraińska wersja
polskich faworków. Jeśli ktoś chce się pokusić sprzedaję przepis (wersja dla
odważnych, bo nie testowana przeze mnie):
Ciasto na babcine faworki (heh, sami se znajdźcie przepis póki
co)
ubite na sztywną pianę białka z cukrem i… finito.
Trzeba kwadraty z ułożoną warstwą piany złożyć ze sobą a potem uformować „niby koszyczki”, a przynajmniej tak mi się wydaje bo to tylko obserwacja. Jeśli ktoś się pokusi nim ja to zrobię, proszę o udostępnienie zdjęć. Efekt rewelacyjny, jeśli ktoś ma cierpliwość.
ubite na sztywną pianę białka z cukrem i… finito.
Trzeba kwadraty z ułożoną warstwą piany złożyć ze sobą a potem uformować „niby koszyczki”, a przynajmniej tak mi się wydaje bo to tylko obserwacja. Jeśli ktoś się pokusi nim ja to zrobię, proszę o udostępnienie zdjęć. Efekt rewelacyjny, jeśli ktoś ma cierpliwość.
A teraz konkret.
Dziś, po raz kolejny potwierdziła się moja teoria. Otóż, według mnie, Włochom wszelkie aktywności potrzebne są tylko po to by móc po nich świętować nieskończoną ilością wina i jedzenia. Powody, proszę bardzo: udany seans w kinie, nieudany seans w kinie, wyśmienity spektakl niepełnosprawnych członków organizacji, początek wycieczki, koniec wycieczki, przyjazd lub wyjazd, udane zakupy i pierwszy naprawdę ciepły wieczór. Im te powody mnożą się w oczach i nie jest to świętowanie w stylu naszej polskiej najbeki w byle jakich zakąskach. Wiele złego można Włochom zarzucić, ale nie brak organizacji podczas posiłków, i nie brak kultury picia oraz jedzenia. Oni chyba zestawy pasty wożą w bagażnikach (a w Cremonie w rowerowych koszykach).
Dziś, po raz kolejny potwierdziła się moja teoria. Otóż, według mnie, Włochom wszelkie aktywności potrzebne są tylko po to by móc po nich świętować nieskończoną ilością wina i jedzenia. Powody, proszę bardzo: udany seans w kinie, nieudany seans w kinie, wyśmienity spektakl niepełnosprawnych członków organizacji, początek wycieczki, koniec wycieczki, przyjazd lub wyjazd, udane zakupy i pierwszy naprawdę ciepły wieczór. Im te powody mnożą się w oczach i nie jest to świętowanie w stylu naszej polskiej najbeki w byle jakich zakąskach. Wiele złego można Włochom zarzucić, ale nie brak organizacji podczas posiłków, i nie brak kultury picia oraz jedzenia. Oni chyba zestawy pasty wożą w bagażnikach (a w Cremonie w rowerowych koszykach).
Może to ze mną coś jest nie tak, ale prócz zatrzaśniętych
drzwi do własnego mieszkania z minionego dnia zapamiętałam pranzo = lunch i
cenna = kolację. Pierwsze miało być zwykłym dowożonym żarciem na wynos, a okazało
się trzydaniowym plus deserowym wypasem. Na główne danie podali rybkę z
warzywami i pure, którego nie zmieściłam bo wcześniej wsunęłam pastę cukiniowo
– pomidorową z bazylią i obowiązkowe mikro pannii. Deser męczyłam przez prawie
pół godziny, ale kto by odmówił mascarpone z truskawkami.
Potem spektakl i kolejna wyżerka, wzięli wersję mobilną i
rozłożyli się na bakstejdżowych stołach. Poza wspomnianymi faworkami po włosku
robionymi przez mieszkającą tu mega fajną ukrainkę podano 4 gatunki tart: z
przydomowymi truskawkami, z czekoladą, z serkiem mascarpone i czymś dla mnie
niezidentyfikowanym. Do tego domowej roboty mini pizze, kanapeczki presciutto i
czekoladową babę (wygląda jak nasza babka, ale pochodzi z Neapolu i jest
robiona z alkoholowego ciasta)…
już chyba nie mam siły o tym pisać, w końcu jutro kolejny dzień jedzenia…
już chyba nie mam siły o tym pisać, w końcu jutro kolejny dzień jedzenia…
Tymczasem robię co mogę by choć trochę przypominać człowieka po tych kilku miesiącach:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz